W ten weekend wreszcie udało nam się odhaczyć wizytę u wujka Krzyśka i cioci Aldony — jakby odhaczyli punkt z listy zadań, która od sierpnia wisiała nad nami niczym wyrzut sumienia. A przecież plan był prosty jak instrukcja składania krzesła z IKEA (tej bez brakujących śrubek): jedziemy, odwiedzamy, wracamy. Tymczasem życie, jak zwykle, uznało, że warto dodać fabule nieco dramaturgii. Najpierw przedszkolne dni adaptacyjne, potem choroby, potem wyjazd Ojca, a potem jeszcze coś, co wypadło nam z pamięci szybciej niż daty panowania królów elekcyjnych. Jednym słowem: los sprzysiągł się przeciwko nam z precyzją godną antycznego fatum. Gdy więc nadarzyła się pierwsza chwila, kiedy wszyscy byliśmy względnie zdrowi i nieuciekający na żaden służbowy front, Stwórcy ogłosili, że jedziemy. Bez dyskusji, bez negocjacji, bez „może następnym razem”.
Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek, a jakże! Bo życie byłoby zbyt nudne, gdyby wszystko szło zgodnie z planem, jak w japońskim rozkładzie jazdy. W piątek obudziłem się z bólem nogi – tajemniczym, nieprzewidzianym, niepokojącym. Powłóczyłem nią trochę w przedszkolu, trochę na placyku, a wieczorem już wyraźnie wyglądało to jak sygnał alarmowy na miarę Pompejów przed erupcją. Stwórcy byli dość mocno zestresowani, a ponieważ nazajutrz po śniadaniu mieliśmy wyjechać, zdecydowali o wizycie na ostrym dyżurze. Dojechałem z Ojcem około dwudziestej i powitał nas horror. Pełna poczekalnia, wszyscy kaszlą, kichają i zarazki rozsiewają niczym niewidzialną mgłę biologicznego zagrożenia. Po około dwóch minutach Ojciec zarządził natychmiastowy odwrót. Ja oczywiście zachwycony nie byłem, ponieważ zdążyłem rozgościć się w pokoju zabaw, ale na nic zdały się moje protesty. Jak się okazało był to strzał w przysłowiową dziesiątkę. Wróciliśmy tam rano i było praktycznie pusto i cicho – prawie jak w muzeum tuż po otwarciu. Po szybkich oględzinach, USG biodra i wizycie na konsultacji okazało się, że wszystko ze mną jest w porządku. Stwórcy mogli odetchnąć. I wtedy nastąpił moment, który mógłby pochodzić z najlepszej komedii sytuacyjnej. Kiedy podstępny pan doktor kazał mi poskakać, zapomniałem się całkowicie i kompletnie. Skakałem niczym kangur na australijskiej równinie, z energią i entuzjazmem dziecka, które właśnie odkryło radość skakania. Jak tylko przestałem skakać i zacząłem chodzić, noga (a jakże!) znowu była wleczona. Ojciec zrobił się czerwony jak pomidor w szczytowej fazie dojrzałości, przeprosił za kłopot z zażenowaniem człowieka, który właśnie odkrył, że jego dziecko jest lepszym aktorem niż myślał, i szybko się ewakuowaliśmy. Matka niedowierzała, nawet po wysłanym przez Ojca filmiku ze mną na rowerze w roli głównej, odpychający się nogami, które jeszcze chwilę temu „nie działały”.
Ale wracajmy do Tulców! Na miejscu od razu mi się spodobało, ponieważ okazało się, że do wujostwa dołączył nowy lokator – kotek. Prawdziwy, żywy, futrzasty kotek, który natychmiast stał się główną atrakcją weekendu, gwiazdem show i moim centrum wszechświata. Przez następne 24 godziny zajęty byłem oglądaniem Carsów na wielkim ekranie oraz ganianiem kotka. Czasami niestety musiałem przerwać te wszystkie atrakcje na szybkie spożycie posiłku – te prozaiczne konieczności fizjologiczne, które przerywają najlepszą zabawę. Ale jedzenie u cioci… och, to było kulinarne złoto. Zajadałem pyszności, jakby to była uczta w stylu staropolskim, tylko bez żubrów i bez biesiadników z wąsami.
Weekend okazał się idealny. Naprawdę idealny. Połączenie rodzinnej atmosfery, nowego zwierzaka, filmowej klasyki i smakołyków i co najlepsze – bardzo możliwe, że wkrótce tam wrócimy. Ja już nie mogę się doczekać. Bo czasem najlepsze weekendy to te, które zaczynają się dramatem medycznym, a kończą bajką na wielkim ekranie i futrzastym towarzyszem na podorędziu.
