Wszystko, co dobre, kończy się szybciej niż promocja w Lidlu – zasada życiowa numer jeden, którą zawsze odkrywamy zbyt młodzi. Wakacje skończyły się trochę wcześniej niż przed rokiem, ponieważ miałem dni adaptacyjne w przedszkolu. Trochę jak preludium do wielkiego koncertu, albo jak rozgrzewka przed meczem, tylko że zamiast sportu mamy separację od rodziców. Przerobiłem już trzy takie dni przed wakacjami – moje pierwsze, dość nieporadne testy życia w nowym systemie. A dla przypomnienia dodano kolejne trzy tuż przed rozpoczęciem prawdziwej przygody z przedszkolem.
Trzy dni poszły mi jak z płatka – szybko, sprawnie i na temat, jak dobrze zorganizowana operacja wojskowa. I nawet mi się podobało – atmosfera była przyjazna, zabawki ciekawe, a inne dzieci tolerowalne. Czułem się jak gość na przyjęciu, gdzie wszyscy się starają, żeby było miło. Zdecydowanie mniej podobało mi się jednak dnia kolejnego, kiedy Matka zaprowadziła mnie do klasy i… zostawiła samego. Po prostu odeszła. Bez ostrzeżenia, bez negocjacji, bez referendum w sprawie mojego zdania na ten temat. Cóż za okropność! Cóż za zdrada zaufania! To było jak scena z dramatu o porzuceniu – nagle zrozumiałem wszystkie te historie o dzieciach pozostawionych samym sobie w wielkim, obcym świecie. Po tej traumatycznej przygodzie, kolejnego dnia byłem już bardzo wyczulony – jak zwierzę, które raz wpadło w pułapkę i teraz wszędzie widzi zagrożenie. Od samego rana opóźniałem procedury jak tylko się dało – ubierałem się wolniej niż ślimak wspinający się na Everest, śniadanie jadłem jakbym miał na to cały dzień, a butów szukałem, jak archeolog szczątków dinozaurów. Na nic zdało się moje marudzenie, płacz i krzyki – cała paleta emocjonalnych narzędzi perswazji dziecięcej. Nic nie działało. Znowu mnie zaprowadzili do przedszkola i zostawili, okropni rodzice! Zdrajcy! Kolaboranci systemu instytucjonalnej edukacji! Trzeciego dnia było jeszcze gorzej, ale intensyfikacja protestów nie przynosiła rezultatów. Na nic zdały się moje coraz bardziej dramatyczne demonstracje sprzeciwu. Na szczęście, jak to w klasycznych tragediach greckich bywa, bogowie postanowili interweniować. W postaci choroby. Co prawda wiązało się to z zakazem wychodzenia na dwór, ale za to nie musiałem iść do przedszkola. Bilans zysków i strat wychodził zdecydowanie na plus.
Po powrocie do zdrowia wszystko wyglądało podobnie – ten sam scenariusz, te same protesty, ta sama nieuchronność losu. Po trzecim dniu stwierdziłem kategorycznie: tego już za wiele! Miarka się przebrała! Trzeba podjąć radykalne kroki! Kolejnego dnia oświadczyłem z powagą prawnika odczytującego wyrok: nie wstaję z łóżka, chce mi się spać i nigdzie nie idę. Mój pierwszy w życiu strajk okupacyjny. Gandhi byłby dumny. Konsternacja na twarzach Stwórców była widoczna jak plamy na białej koszuli – kompletnie nie wiedzieli, jak mają zareagować na tę nową formę oporu. To nie był płacz, to nie był krzyk – to była świadoma i przemyślana odmowa współpracy. W końcu, po dość długim czasie mojego snucia się tam i z powrotem po mieszkaniu, Ojciec wymyślił rozwiązanie godne Salomona. Stwierdził spokojnie, ale stanowczo: albo idę spać albo wstaję i idę do przedszkola. Ultimatum. Wybór między dwoma opcjami, z których żadna nie była tym, czego naprawdę chciałem, ale przynajmniej pozwalały zachować twarz. I zadziałało jak złoto, i na mnie, i na nich. Zadziałała magia możliwości wyboru, choć tak naprawdę wybierałem jak wyborcy co cztery lata, między tym samym a tym samym, tylko inaczej opakowanym. Grzecznie poszedłem do przedszkola, bez większych awantur, jak gentleman akceptujący nieuchronność losu. A w piątek nawet się nie zająknąłem o pozostaniu w domu – adaptacja w końcu zadziałała, kapitulacja była pełna, system wygrał.
I byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że od soboty zacząłem znowu chorować – organizm najwyraźniej postanowił dać mi jeszcze jedną szansę na uniknięcie przedszkola. Po tygodniu okazało się, że mam anginę, więc kolejne dni spędzam w domu jak arystokrata na dobrowolnym wygnaniu. Może moje samopoczucie nie jest najlepsze – kaszlę jak stary pies, lecą mi smarki z nosa, ale jest również dużo plusów w tej chorobie, takich nieoczekiwanych bonusów w pakiecie cierpienia. Na przykład: nie chciałem się inhalować – ta maseczka na twarzy, ten dziwny hałas, to całe medyczne zamieszanie. Ale Matka, w akcie desperackiej kreatywności rodzicielskiej, włączyła mi bajkę, żeby mnie przekupić. Korupcja w najczystszej postaci, ale skuteczna. Od tego momentu inhalacje są najlepsze – “de best”, jak mawiają ci, którzy lubią mieszać języki dla podkreślenia entuzjazmu – i sam się o nie upominam! To jak odkrycie, że wizyta u dentysty kończy się lodami – nagła zmiana perspektywy na całą procedurę. I w zasadzie to mam nadzieję, że jeszcze trochę sobie pochoruję – nie za powaznie, żeby nie było niebezpiecznie, ale wystarczająco, żeby zostać w domu z bajkami, inhalacjami i bez konieczności chodzenia do przedszkola. Bo czasami choroba jest mniejszym złem niż instytucjonalna edukacja dla trzylatka, który jeszcze nie całkiem jest gotowy na oddzielenie od Stwórców.
