21 views 8 mins 0 comments

SZLACHETNE ZDROWIE.

In 2017
26 czerwca, 2017

Ten tydzień jest jakiś feralny, choć to określenie w naszym wypadku brzmi jak eufemizm porównywalny z nazwaniem „Titanica” „lekko niefortunnym rejsem”. W zasadzie każdemu członkowi naszego kwartetu coś dolega. Matka narzeka cały czas na biodro oraz pojawiającą się notorycznie plamę na plecach. Biodro boli raz mniej, raz bardziej, raz jedno, a czasem oba. Jakby jej organizm miał wbudowany generator losowości. I ta plama. Plama wychodzi, Ojciec smaruje, plama znika, a tydzień czy dwa później znowu wychodzi. Historia powtarza się jak w „Dniu Świstaka”, tylko mniej zabawnie i bez Billa Murraya.

Ojciec od roku toczy swoją własną wojnę z bólem dolnej części pleców. Gdyby ta walka była kampanią wojskową, byłaby to najprawdopodobniej inwazja na Afganistan – długotrwała, kosztowna i bez wyraźnego planu wyjścia, a opinie „doradców” zmieniają się szybciej niż granice Europy w XIX wieku. Każdy kolejny lekarz zaleca co innego. Jeden każe biegać, drugi zabrania. Jeden poleca jeden lek, kolejny inny. I tak w kółko. Jakby tego było mało to doszedł jeszcze do tego wszystkiego nadwyrężony po squashu bark. Ordtopeda, USG, a teraz rehabilitacja. A bark – jak bolał tak boli. Cała ta medyczna odyseja wygląda jak ścieżka zdrowia w stylu średniowiecznych pielgrzymek – tylko zamiast cudownych relikwii są paragony z aptek.

Młodsze pokolenie też nie ma lekko. U Brata stwierdzono płaską potylicę, a Stwórcy dojrzeli niesymetryczność głowy z tyłu. Na szczęście niewielką, ale niestety jest ona widoczna. Oczywiście widzą już czarny scenariusz, czyli jeżdżenie do kliniki w Berlinie, żeby zrobić specjalny kask za grube tysiące euro. Na razie wybierają się do neurologa, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Poza tym martwią się również tym, że Brat dość wolno robi postępy motoryczno-ruchowe, a po zobaczeniu niesymetryczności zastanawiają się czy nie jest ona jedną z przyczyn. Zapominają tylko, że nawet Newton też nie zaczął od razu rzucać jabłkami w grawitację. Dajcie mu czas!

No i ja – wisienka na tym medycznym torcie. Wczorajszy spacer miał być relaksujący, jak niedzielne popołudnie w Toskanii z kieliszkiem chianti i dźwiękiem Vivaldiego w tle, a okazał się preludium do nocy rodem z „Egzorcysty”. Obudziłem się w okolicach 23 mówiąc, że swędzą mnie stopy i dłonie. Chwilę później okazało się, że do tego mam wysypkę na brzuchu. Stwórcy znaleźli w apteczce wapno, ale oczywiście było przeterminowane. To jest w zasadzie regułą w każdym polskim domu – nasze apteczki domowe to cmentarzyska leków z epoki, kiedy Wałęsa jeszcze nosił wąsy, a Kaczyński uważał koty za zwykłe zwierzęta. Ojciec szybko wsiadł do mikrusa i popędził na Grójecką do apteki 24h. Po powrocie okazało się – a jakże, bo życie to sitcom pisany przez kogoś z okrutnym poczuciem humoru – że wapno (i to dziecięce!) było w kosmetyczce. I, uprzedzając kolejne pytanie, nie było przeterminowane! Wypiłem więc trochę i miałem położyć się spać, ale ciągle mnie wszystko swędziało. Stwórcy użyli Dr.Google, współczesnej wyroczni delfickiej, która zamiast dwuznacznych przepowiedni daje listę dwudziestu śmiertelnych chorób na podstawie bólu paznokcia. W tym przypadku „doktor” stwierdził pokrzywkę, co zaowocowało rozpoczęciem poszukiwań leków w domowej apteczce. Znalezione zostały dwa, z czego ten lepszy był oczywiście… przeterminowany (już mówiłem o tej regule?). Dostałem więc claritine i znowu miałem iść spać, ale nim to nastąpiło, trochę wody w Wiśle jeszcze upłynęło, choć Wisła w ostatnich latach płynie tak wolno, że spokojnie można by ją wyprzedzić pieszo, co jest zresztą dobrą metaforą polskiego systemu zdrowia (nie martw się, ja też nic nie rozumiem z tego zdania). Wracając do naszej „akcji”, Ojciec wygnał Matkę spać, a sam dotrzymywał mi towarzystwa. Dopiero około 1.30 udało mi się zasnąć, a Ojciec rozłożył się na kocyku przy moim łóżku i nastawił budzik by kontrolować mój stan. Nad ranem obejrzała mnie Matka, świeżo obudzona po karmieniu Bruna, i stwierdziła, że nie wyglądam najlepiej. Pomimo tego (głównie z powodu braku wysypki na twarzy, powiekach i ustach) zawinęła Ojca do sypialni i wszystkim smacznie się spało do około szóstej. Wtedy zacząłem coraz bardziej przypominać Winnetou. Wysypka była na twarzy i zacząłem trochę pokasływać, więc długo się nie zastanawiając, Stwórcy zdecydowali o wyjeździe na ostry dyżur.

Oczywiście najpierw weszliśmy nie do tej poczekalni co trzeba, ale na szczęście dużo czasu tam nie zmarnowaliśmy. W drugiej nie dość, że nie było dużej kolejki (co w polskim szpitalu jest zjawiskiem rzadszym niż szczere wyznanie polityka), to jeszcze był pokój zabaw, co bardzo mnie uradowało oraz automat z kawą, co z kolei bardzo uradowało Ojca. Po krótkiej chwili zostałem wstępnie przebadany, a po chwili nieco dłuższej obejrzała mnie bardzo średnio miła pani doktor. Stwierdziła, że Dr Google się nie mylił, a Stwórcy dobrze zareagowali podając leki. Ona zaś, nie chcąc aplikować bolesnego zastrzyku, podała mi czopek i krople antyalergiczne. Po przyjęciu lekarstw, odczekaniu 40 minut i kolejnych oględzinach pani doktor, widoczne było, że leki działają, bo nie byłem już czystej krwi Indianinem, a zwykłym klasycznym Europejczykiem. Zostałem odesłany do domu z receptą na leki antyalergiczne, wypiłem na noc wapno i na szczęście dzisiaj rano wszystko wróciło do normy. Ale co by nie mówić, szpital numer 2 zaliczony! Matka zażartowała, że powinniśmy zbierać stemple z wizyt, jak w paszporcie. Czasem myślę, że tak właśnie wygląda miłość w rodzinie – nie w wielkich gestach, ale w tych nocnych jazdach po leki, w odczekanych 40 minutach w szpitalu o szóstej rano, w rozłożonym kocyku na podłodze. W tym wszystkim, co robimy dla siebie, kiedy ciało przestaje współpracować, a świat wydaje się zbyt skomplikowany, żeby poradzić sobie z nim samemu.

Visited 1 times, 1 visit(s) today