Zmiany, zmiany, zmiany – świat kręci się szybciej niż globus w szkolnej sali geografii, gdy ktoś nieopatrznie go zakręci. A najbardziej zmienia się mój Brat. Po dwóch miesiącach nieustannej wojny z odparzeniami jego czterech liter – bitwy równie zaciekłej jak oblężenie Troi, tyle że toczonej na polu dermatologii dziecięcej – Matka mogła w końcu odetchnąć. Skończył się nieustanny maraton pieluszkowy: pranie pieluch, gotowanie pieluch, suszenie pieluch, prasowanie pieluch i tak 24/7. Zniknęło nawet wietrzenie odparzonego tyłka – który, bądźmy szczerzy, zaznał więcej przeciągów przez te dwa miesiące niż średniowieczne zamki przez rok. Chłopak ma się coraz lepiej, rośnie jak startup po udanej rundzie finansowania i spokojnie mógłby startować w kategorii ciężkiej w zawodach sumo dla niemowlaków, gdyby ktoś zorganizował taką ligę. Uśmiecha się na nasz widok z niewinnością aniołów z obrazów Michała… Anioła i wydaje z siebie różne dźwięki – pierwotną muzykę komunikacji międzyludzkiej, jeszcze nieskażonej regułami gramatyki i konwenansami społecznymi. Najczęściej oczywiście szuka wzrokiem Matki, ale zauważyłem, że coraz bardziej zwraca na mnie uwagę, jakby odkrywał istnienie starszego brata z ciekawością antropologa badającego nowy gatunek.
Robię więc, co mogę, by być godnym tego spojrzenia. Pełnię funkcję samozwańczego mentora i przewodnika po świecie, który sam dopiero odkrywam. Sięgam po książeczki, czytam mu fragmenty z powagą profesora literatury w Oksfordzie, pytam o obrazki i sam sobie na te pytania odpowiadam. Macham zabawkami tak blisko jego nosa, że można by to nazwać definicją naruszenia przestrzeni prywatnej. Jak płacze, to go uspokajam z powagą dyplomaty rozwiązującego międzynarodowy konflikt: bujam wózek albo bujak i melduję Stwórcom, że jest głodny i trzeba go nakarmić. Lubię też się do niego przytulać i robić noski-eskimoski – ten uniwersalny język czułości, który nie potrzebuje tłumaczenia na żaden język świata. To są te momenty, kiedy czuję, że naprawdę jestem starszym bratem – protektorem, opiekunem, pierwszym przyjacielem. Oczywiście Stwórcy mnie często strofują – ich uwagi padają regularnie jak deszcz w listopadzie. Nie bez powodu tym razem. Tu się na nim zbyt mocno oprę, tam złapię go za rączkę swoimi niezbyt czystymi dłoniami (higiena w moim wieku to ciągle koncepcja teoretyczna) – i tak w kółko coś. Ale ja się nie zrażam i nie ustaje w tych działaniach, wręcz przeciwnie. Miłość nie zna granic, nawet tych wyznaczonych przez rodzicielskie obawy.
Chłopak ma już za sobą dwa szczepienia i przeszedł je jak bohater – zero dramatów, skutków ubocznych, gorączki czy złego samopoczucia. Spłynęło po nim niczym woda po posągach w rzymskich fontannach. Świat zwiedza najchętniej na rękach Stwórców; wózek traktuje jak średniowieczne narzędzie tortur. Samochodu też nie darzy sympatią – podróż na Mazury bez co najmniej jednego postoju to wciąż science fiction. Może dlatego, że jeździ sam z tyłu jak opuszczony pasażer taksówki i nie ma go kto zabawiać, gdy się obudzi. Ja jestem skupiony na oglądaniu bajek, a Stwórcy jadą z przodu zajęci swoimi sprawami.
Jedno mnie tylko w nim drażni: wciąż jest zbyt mały, by można było się z nim porządnie pobawić. Co za marnotrawstwo potencjału – zupełnie jak kupienie biletu do Luwru tylko po to, by skorzystać z toalety. Czekam więc cierpliwie na ten moment, gdy będziemy mogli dzielić prawdziwe przygody – jako bracia, jako przyjaciele, jako partnerzy w odkrywaniu tego dziwnego, pięknego świata.
