20 views 7 mins 0 comments

KOLEDZY I KOLEŻANKI.

In 2017
20 kwietnia, 2017

Przeprowadzka na Włodarzewską okazała się równie przełomowa co odkrycie Ameryki przez Kolumba, tyle że zamiast znaleźć „Indie”, my znaleźliśmy raj dla małolatów. Nasze nowe osiedle przypomina naturalny rezerwat dla gatunku Homo sapiens juvenilis – wszędzie pełno maluchów w wieku od “jeszcze nie mówię” do “już za dużo gadamy”. Struktura demograficzna tego miejsca to cud planowania urbanistycznego albo gigantyczny przypadek – jakby ktoś rzucił kostką genetyczną i wypadła szóstka dla każdej rodziny. To trochę tak, jakby ustawić filtry demograficzne w The Sims i wybrać opcję „wszyscy mniej więcej w moim wieku, żeby nigdy nie było nudno”. Dzięki temu każde wyjście na podwórko to gwarancja rozrywki – trochę jak wejście do klubu, gdzie zawsze jest ktoś znajomy, tyle że zamiast drinków mamy soki w kartonikach, a zamiast flirtów wymianę zabawek.

Od początku spodobało mi się jeżdżenie na tych za małych samochodzikach, które pokazał mi kolega Maciek – chłopak o imieniu tak polskim, że mógłby być patronem narodowego święta pierogów – i który stał się moim przewodnikiem po podwórkowych atrakcjach. Moja kariera kierowcy zakończyła się jednak szybciej niż kariera niektórych ministrów transportu. Piękne, nowe, skórzane, włoskie buty – te same, które Matka kupiła na wyprzedażach, powtarzając mantrę “ale wcale nie były takie tanie” – złożyły najwyższą ofiarę na ołtarzu mojej edukacji w zakresie fizyki tarcia. Ale czy żałuję? Zdecydowanie nie! W tamtej chwili byłem Schumacherem w Ferrari, Fangio w Maserati i Top Gearem w jednej małej osobie. Bezcenne jak mawia Mastercard. Albo raczej cenne, bo jak później obliczyłem, każda sekunda tej jazdy kosztowała około pięciu złotych. Stwórcy patrzyli na moje wyczyny z miną taką, jak Ministerstwo Finansów patrzy na deficyt budżetowy – z przerażeniem, ale ze świadomością, że to już się stało. Z Maćkiem od razu się zaprzyjaźniłem – to była chemia jak między Lennonem a McCartneyem, przed tym jak zaczęli się kłócić o Yoko. Okazało się, że on też ma młodszego brata, trzy miesiące starszego od mojego (co brzmi jak matematyczna zagadka, ale w dziecięcym świecie ma sens). Stwórcy – miszczowie nawiązywania kontaktów towarzyskich – złapali całkiem dobry vibe z jego rodzicami i od tego czasu dużo razem się bawimy, a nawet zdążyliśmy się odwiedzić w mieszkaniach, byliśmy razem w parku, na koncercie chopinowskim i na lunchu. Mogę śmiało powiedzieć, że to mój pierwszy kumpel – mój Watson, mój Robin, mój Sam Gamgee.

Z koleżanek natomiast najwięcej bawię się z Lusią – dziewczyną, która ma w sobie coś z Cindy Crawford, gdyby Cindy Crawford miała pięć lat i obsesję na punkcie hulajnóg. W zasadzie to bardziej ona lata za mną, co jest bardzo pochlebne dla mojego młodzieńczego ego. W końcu po coś ma się te oczy po Matce! Genetyka to potężna broń w arsenale uwodzenia, nawet w wieku przed przedszkolnym. Nasza główna aktywność to wymiana pojazdów. Taki car sharing, tylko w skali mikro i bez aplikacji mobilnej. Dzięki temu moje umiejętności jazdy hulajnogą wzrosły wykładniczo – teraz jestem jak połączenie Lewisa Hamiltona z Valentino Rossim. Nic mnie nie zatrzyma! Ale nasza specjalność to logistyka wywrotkami. Transport piasku w jedną stronę, kamieni i trawy z powrotem – jak gdybyśmy zarządzali międzynarodowym handlem surowcami, tylko że w skali jednego podwórka. Jeździmy z maksymalną prędkością, jaką pozwalają przepisy bezpieczeństwa (czyli żadne) – wiatr we włosach, komary w zębach, adrenalina w żyłach. Jeff Bezos byłby dumny z naszej efektywności. Ostatnie transporty poszły nam tak dobrze, że na zakończenie były klasyczne misie, zakończone niestety twardym lądowaniem głowy Lusi na trawie i donośnym płaczem. Smutek nie trwał jednak długo – to jak burza tropikalna, gwałtowna, ale krótka. Już chwilę później, z uśmiechem szerszym niż przełom Wielkiego Kanionu, Lusia odprowadziła mnie do klatki i tam przybiliśmy sobie piątki.

Odprowadzanie się to zresztą nowy wynalazek Ojca – strategia tak genialnie prosta, że mogłaby pochodzić z podręcznika psychologii behawioralnej. To odpowiedź Stwórców na moje awantury oraz głębokie i głośno wyrażane ubolewanie na konieczność powrotu z podwórka do domu. Dramaty godne Shakespeare’a, tyle że z mniejszą liczbą trupów na scenie. Pomysł zadziałał już kilka razy z precyzją szwajcarskiego zegarka. Ostatnio wyglądało to mniej więcej tak:

OJCIEC: “Chodź synu. Czas wracać do domu.” 

JA: “Nieeeeeeee!!!! Nie chcę!!!! Ja chcę na dwór!!!! Buuuuuu!!!!!” 

OJCIEC: “Ale już czas. Jest bardzo późno. Chodź. Znajdziemy kogoś, kto cię odprowadzi. O! Tam są jacyś chłopcy. Zapytamy ich czy cię odprowadzą.” 

JA: “Nie chcę chłopców! Chcę dziewczynki!”

I voilà! Po znalezieniu dziewczynek wróciłem do domu w miarę grzecznie, jak gentleman eskortowany przez damy na balu u Gatsby’ego. A po drodze stwierdziłem z pełną powagą filozofa kontemplującego istotę bytu, że ogólnie wolę dziewczynki – nawet bardziej od Maćka.

Visited 1 times, 1 visit(s) today