16 views 5 mins 0 comments

OPOWIEŚCI.

In 2017
01 kwietnia, 2017

Mój aparat mowy działa w trybie non-stop, jak Radio Maryja w Boże Ciało albo te niezniszczalne reklamy na Polsacie, które wracają częściej niż bumerang w australijskim podręczniku geografii. Dosłownie – cały czas. I nie, to nie jest przesada w stylu “zawsze jestem głodny” (kiedy ostatnio jadłeś pięć minut temu) czy “nigdy nie pada, kiedy potrzebuję” (statystycznie nieprawdziwe). To jest empiryczny fakt, który można by zmierzyć, gdyby ktoś miał ochotę na takie masochistyczne przedsięwzięcie. Moja buzia nie zamyka się nawet na sekundę – to jak Pandora po otwarciu pudełka, tyle że zamiast wszelkiego zła wypuszczam nieustający strumień słów. Jedynymi momentami ciszy w mojej egzystencji są te, gdy oglądam bajki (Cars rządzi!) lub gram na tablecie. I gdy śpię. Wtedy mój język, ten perpetuum mobile komunikacji, wreszcie odpoczywa, jak Napoleon na wyspie Św. Heleny – w przymusowej, ale błogiej izolacji.

Stwórcy wciąż naiwnie wierzą, że czytanie mi książek to dobry pomysł. Jakby nie wiedzieli, że każda przeczytana historia staje się paliwem dla mojej i tak już nadaktywnej wyobraźni. To jak podawanie espresso komuś z ADHD – teoretycznie szlachetne, praktycznie samobójcze. Gdy tylko skończą rozdział, moja głowa zamienia się w autostradę narracji, które często nawiązują do literatury, szczególnie do książek o McQueenie. Nie, nie Alexandrze czy Stevie – ale o Zygzaku. Dlatego moje codzienność to nieustanne „wyprawy”: jeżdżę z Królem Zawieruchą, odwiedzam Wójta Hudsona albo wybieram się na przejażdżkę z Sally – tą niebieską Porszaczką, która jest jak Grace Kelly motoryzacji: elegancka, niedostępna i prawdopodobnie droższa niż moja przyszła edukacja uniwersytecka.

Rozpakowywanie zakupów to dla mnie jak otwarcie grobowca Tutanchamona – każdy przedmiot kryje historię, a każda reklamówka to odkrycie archeologiczne. Po powrocie z wyprawy handlowej (bo co to są zakupy, jeśli nie współczesna wersja polowania i zbieractwa?) prezentuję swoje zdobycze niczym Heinrich Schliemann pokazujący skarby Troi. Wybieram kilka rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć – zwykle te o najbardziej intrygujących opakowaniach albo najdziwniejszych kształtach – i opowiadam o nich jak David Attenborough o rzadkich gatunkach na Galapagos. Podczas ceremonii rozpakowywania wyjmuję każdy przedmiot z sakralną powagą, obwieszczając: “To jest jogurt grecki!” (jak gdybym odkrył nowy kontynent) lub “Ja to kupiłem!” (z dumą właściciela, który właśnie nabył Manhattan za 24 dolary w koralikach).

A kiedy mówię… mówię z prędkością światła, a może i szybciej – szczególnie gdy temat jest dla mnie ciekawy. Einstein byłby zachwycony: czas rzeczywiście się zagina, gdy opowiadam o czymś ekscytującym. Moje oczy powiększają się wtedy do rozmiarów talerzy obiadowych, twarz robi się czerwona jak pomidor w szczytowej fazie dojrzałości, a ręce gestykulują z intensywnością włoskiego polityka podczas gorącej debaty. Wypluwam słowa z donośnością Pavarottiego śpiewającego w La Scali, przy czym sam rozumiem może połowę tego, co mówię – reszta to czysty jazz. Stwórcy prawdopodobnie rozumieją jeszcze mniej – może jedną trzecią – ale to ich nie powstrzymuje od słuchania z uśmiechem szerszym niż Kanał Panamski. Czasami widzę w ich oczach tęsknotę za ciszą – taką błogą, zenowską ciszą, jak w klasztorze Buddy albo w bibliotece w Oxfordzie o trzeciej nad ranem, kiedy nawet duchy mają przerwę. Ale jak mawiał klasyk: “Yeah! That’s not gonna happen!”

Visited 1 times, 1 visit(s) today