Aura zmienia się cały czas na gorsze, jakby sam Al Gore postanowił osobiście zademonstrować mi skutki globalnego ocieplenia przez pryzmat polskiej jesieni – czyli deszczów, które trwają dłużej niż złote gody, i temperatury spadającej szybciej niż notowania bitcoina w złym tygodniu. Coraz więcej czasu muszę więc spędzać w domu, co czyni mnie prawdopodobnie najmłodszym więźniem domowym w historii cywilizacji zachodniej. Chyba nieprędko wrócą czasy, gdy całe dnie spędzałem na dworze, śmigając na rowerze i szalejąc na placach zabaw niczym bohaterowie filmów o przygodach dzieciaków w latach 80.
Swój pierwszy rowerek dostałem dawno, dawno temu. Wcześniej podkradałem je z placów zabaw, próbując na nich jeździć – i przyznaję, bardzo mi się to podobało, zarówno samo jeżdżenie, jak i kradzież. Stwórcy rozważali jeszcze hulajnogę, ale w końcu uznali, że rower będzie lepszy – zarówno do nauki utrzymywania równowagi, jak i przyszłych eskapad rowerowych. Pewnego słonecznego, czerwcowego popołudnia pojechałem z Ojcem do sklepu i bez wahania, wyjechałem na nowym, czerwono-żółtym Puky. Od tej pory piesze spacery odeszły w zapomnienie – zamiast biegać jak Forrest Gump, teraz wszędzie jeździłem, wydając z siebie coraz głośniejsze „wruuuuuuummmm” przypominające Formułę 1, gdyby Lewis Hamilton jeździł pojazdem napędzanym siłą wyobraźni. Nigdzie bez rowerka się nie ruszałem, co zresztą bardzo podobało się Stwórcom – bo dzięki temu mogłem dużo bardziej się wybiegać, a prawdopodobieństwo rozniesienia przeze mnie domu drastycznie spadało. A jako dodatkowy bonus mogli spakować wózek do pudełka i wynieść do piwnicy – ceremonię równie uroczystą jak pogrzeb, tyle że z perspektywą zmartwychwstania kilka miesięcy.
Te wspaniałe czasy skończyły się niestety wraz z przyjściem zimowej aury – zjawiska równie nieuniknionego jak kolejny film o superbohaterach Marvela, i podobnie depresyjnego w skutkach. Spędzamy teraz więcej czasu w domu, więc wymyślamy coraz to nowe zabawy. Moim ulubionym zajęciem stało się chowanie się w różnych miejscach. Zaczęło się od prostego przykrycia kocem i pytania: „Gdzie jest Igi?”. Z czasem poziom wtajemniczenia wzrósł – najpierw kryłem się pod rozwieszonym praniem, potem wchodziłem do szafy. Gdy mnie znajdowano, udawałem, że jadę w niej pociągiem, co doprowadzało Stwórców do szewskiej pasji: przesuwając drzwi, z zadziwiającą regularnością waliłem nimi o framugę. Po każdej reprymendzie następne dwa przesunięcia były delikatne, ale przy trzecim wszystko wracało do normy. Ostatnio doszedłem do poziomu mistrzowskiego: chowam się pod łóżkiem, zasuwając się pudłami. Technika równie wyrafinowana jak strategie wojenne Sun Tzu, tyle że stosowana do znacznie mniej konfliktowych celów.
Spodobało mi się również robienie bałaganu. Nie żebym nie robił tego notorycznie wcześniej, ale teraz potrafię zrobić to z premedytacją. Mało tego! Od razu biegnę do Stwórców się pochwalić i krzyczę “Mama / Tata chodź zobacz!” lub też “Co tu się stało?!”, po czym jestem oczywiście zaganiany do sprzątania. To już akurat mi się mniej podoba (jak większość konsekwencji moich działań), więc znowu lecę do Stwórców, tym razem z prośbą o pomoc. I tu objawia się mój geniusz: wrzucam wszystko jak leci do jednego dużego pudła i po kilkunastu sekundach melduję, że pokój posprzątany. Metoda skuteczna jak układanie książek w bibliotece przez tornado. I pomyśleć, że jeszcze niedawno marnowałem tyle czasu na układanie poszczególnych rzeczy w odpowiednich pudełkach – praktyka równie przestarzała jak pisanie listów długopisem czy słuchanie muzyki na CD. Ewolucja, jak powiedział Darwin, to piękna rzecz.
