Mówienie. Bardzo mi się spodobało. Geny Matki zdecydowanie się tutaj odzywają – ewidentnie odziedziczyłem po niej talent do wypełniania ciszy dźwiękiem. To umiejętność praktyczniejsza niż znajomość stolic republik bałtyckich na imprezie firmowej, gdzie nawet Wilno brzmi jak nazwa drinka. Stwórcy – czyli moi prywatni Gutenbergi – cały czas dużo mi czytają – jakby próbowali przekształcić mnie w żywą encyklopedię. To coraz dłuższe teksty, więc ciągle poszerzam mój zasób słów niczym XIX-wieczny leksykograf po trzech espresso.
Jako że wszystko mnie bardzo interesuje (co stawia mnie gdzieś między Leonardem da Vinci a golden retrieverem), moje ulubione zwroty ostatnimi czasy to “Co robisz?” i “Co to jest?”. Brzmi jak tytuły dwóch najnudniejszych filmów Quentina Tarantino, ale u mnie sprawdzają się lepiej niż “Masz wiadomość” w walentynki. Druga para moich hitów – “Mama/Tata chodź” lub też “Chcesz zobaczyć?” – również rozbrzmiewa regularnie, zwłaszcza gdy po trzydziestu sekundach znudzi mi się samotna zabawa lub gdy nabroję tak spektakularnie, że nawet Machiavelli przyklasnąłby z uznaniem. Jak mawiał Oscar Wilde: najlepszy sposób na pozbycie się pokusy to jej ulegnięcie – i, wierzcie mi, mam tę maksymę w małym palcu.
Zaczynam również zadawać pytania w nawiązaniu do rozmowy czy historii z książeczki, co z jednej strony bardzo cieszy Stwórców (jak krytyka “Ulissesa” Joyce’a po pierwszym przeczytaniu), ale z drugiej – czytanie czy opowieść trwa przez to dłużej niż podróż Odyseusza do Itaki. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście dziesiątki innych słów, pytań i stwierdzeń, ale te wymienione powyżej zdecydowanie najczęściej się powtarzają. Jak refreny w piosenkach Phila Collinsa – nie da się ich uniknąć, niezależnie od tego, jak bardzo by się chciało. Najwyraźniej zbliżam się już do omawianych i wyczekiwanych przez Stwórców z przerażeniem “Po co?” i “Dlaczego?” – dwóch pytań, które nękają ludzkość, odkąd Arystoteles postanowił, że filozofia to dobry pomysł na spędzenie wolnego czasu.
Nie myślcie jednak, że jedynie zasypuję świat pytaniami niczym Sokrates po przedawkowaniu Red Bulla. Potrafię złożyć ciekawe zdania, zaskoczyć doborem słów i rozbawić nimi Stwórców do łez. Na przykład któregoś ranka zobaczyłem, jak Matka przegląda się sobie w lustrze (moment równie dramatyczny jak scena balkonowa z “Romeo i Julii”, tyle że w wersji porannej w piżamie i z kubkiem kawy) i rzuciłem jej komplement: “Mamusiu jak ładnie wyglądasz”. Nie muszę dodawać, że bardzo się wzruszyła, a łezka w oku zakręciła niczym globus na lekcji geografii. Z innej beczki – byliśmy ostatnio na cmentarzu, miejscu równie wesołym jak koncerty Leonarda Cohena. W pewnym momencie zaczęło mi się nudzić (co na cmentarzu dzieje się szybciej niż w Luwrze w sierpniu). Stwórcy zapewnili mnie, że jeszcze tylko jedna świeczka do zapalenia, więc dla potwierdzenia rzuciłem: “Zapalimy jeszcze jedną świeczkę i spadamy z tych sadów”? Śmiech Stwórców przetoczył się przez aleję nagrobków jak fala powodzi w 1997. Moje poczucie humoru rozwija się szybciej niż bakterie w ciepłym jogurcie.
Konwersacje również wkraczają na dużo wyższy poziom – gdzieś między Szekspirem a Paktofoniką. Oto ostatni przykład:
– Taaaataaaa! Choooodź do pokoju!
– Słucham cię synu.
– Ja tu pracuję, na dywanie.
– I co w tej pracy robisz?
– Liczę pieniążki!
Akurat podebrałem Ojcu trochę monet z portfela – co czyni mnie prawdopodobnie najmłodszym praktykantem w historii bankowości.
Przykłady można by mnożyć jak tabliczkę mnożenia i nawet ja nie jestem w stanie większości z nich zapamiętać – co stawia mnie w podobnej sytuacji jak większość widzów filmów Davida Lyncha. Generalnie buzia mi się nie zamyka – jak gdyby Magellan, zamiast opłynąć świat, postanowił go zagadać dookoła. A wieczorami w łóżeczku to dopiero daję do wiwatu. Jak Pavarotti na bis w La Scali. O której Stwórcy by mnie nie położyli, to bite 30-45 minut nawijam. O wszystkim, o czym mam pojęcie, a przede wszystkim o tym, o czym nie mam – co czyni ze mnie ekspertem równorzędnym większości komentatorów politycznych w internecie. Auta, aktywności, wydarzenia, osoby, historie z książek czy bajek i wszystko inne, co mi ślina na język przyniesie. Historie niestworzone, głównie komediowe jak mniemam, bo często słyszę tłumiony śmiech Stwórców podsłuchujących moje wywody jakby w tajemnicy uczestniczyli w najlepszej stand-upowej sesji od czasów Monty Pythona.
Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo będę regularnie jeździł do Londynu i przemawiał na Speaker’s Corner w Hyde Parku – tym legendarnym miejscu, gdzie każdy może powiedzieć wszystko, pod warunkiem, że nikt nie słucha. I patrząc na moje tempo gadania, słuchaczy i tak bym zagadał na śmierć.
