Tegoroczne wakacje były – i tu muszę być całkowicie szczery – prawdopodobnie najlepsze w całej mojej dotychczasowej dwuletniej karierze. Wszystko zaczęło się naprawdę rozkręcać, gdy termometr w końcu przestał traktować trzydziestkę jak osobistego wroga. Dzięki temu mogłem oddać się mojej największej pasji życiowej – systematycznemu pochłanianiu lodów. Miałem swoje sprawdzone miejsca: Jednorożec (nazwa brzmi jak tytuł filmu fantasy klasy C, ale lody mają absolutnie klasy A) i Sweet Moments, do którego pielgrzymowałem, jak muzułmanie do Mekki, po każdej sesji basenowej. Bo tak, jestem człowiekiem rutyny i jestem z tego dumny!
Regularnie też eksploralismy miasto, bo najwyraźniej rodzice uważają, że dwulatkowi potrzebne jest “poszerzanie horyzontów”. Bulwary wiślane – sprawdzone. Park fontann – oceniony wysoko za potencjał biegania w kółko. Plac Europejski – tu już się zrobiło ciekawie, bo można było śmigać po wodzie i rzucać kamieniami, co jest chyba najlepszą aktywnością fizyczną wymyśloną przez człowieka. A może nawet jeszcze lepszą. Kilka razy zaciągnięto mnie też na koncerty chopinowskie w Łazienkach. Muzykę oceniam jako “w porządku”, ale park? Park był absolutnie przepiękny. Mimo że zaliczyłem tam swój pierwszy poważny wypadek komunikacyjny na rowerku. Problem był prosty – brak hamulców. Rozpędziłem się z górki jak kamikadze, a potem próbowałem zatrzymać się po flintstonowsku nogami. Spoiler alert: Flinstonowie to jeden wielki fake news, ich system hamowania nie działa. Łazienki miały też swoje inne plusy. Jest tam dużo fajnych dróżek, jeziorek i zwierzątek. Zapamiętałem, aż za dobrze, karmienie i ganianie wiewiórek. Okazało się, że wiewiórki to małe, futrzane demony. Kiedy jedna uznała, że role należy odwrócić i to ja mam uciekać, moje nogi nagle złożyły wypowiedzenie. Skończyło się płaczem w ramionach ojca. Nie jestem z tego dumny, ale przynajmniej jestem szczery. Miejscem mojego regularnego szaleństwa stały się też różne placyki zabaw– Plac Wilsona, Ogród Jordanowski. Odkryłem tam swoją nową obsesję: wchodzenie na coraz większe wysokości. Zacząłem nawet wdrapywać się na zjeżdżalnie od niewłaściwej strony, co podobno “nie jest zgodne z instrukcją obsługi”. Ale kto czyta instrukcje, prawda? Także wakacje w mieście dają się lubić!
Mazury okazały się próbą charakteru. Pogoda olała nas z rozmachem. Nad jezioro trafiliśmy dwa razy, co w porównaniu z zeszłym rokiem było jak przejście z wersji premium na próbną. Na szczęście dziadek – samozwańczy dyrektor artystyczny wakacji – dbał o rozrywkę. W jego warsztacie czułem się jak MacGyver w wersji przedszkolnej: imadła, wiertarki no i łapki na muchy. Tak mi się spodobało polowanie na nie, że zostałem oficjalnym pogromcą much, z bojowym okrzykiem „Kilim muche!”. Tak, słyszę, jak to brzmi. Nie, nie żałuję. Razem z całą męską częścią rodziny organizowaliśmy wyprawy do “bazy” na tyłach ogrodu. Pisałem tam maile na starych klawiaturach (co brzmi bardzo retro i hipstersko), a potem strzelałem z imponującej kolekcji zabawkowego uzbrojenia. Woziliśmy drewno, budowaliśmy zamki z piasku i betonu – w zasadzie byliśmy jak mała firma budowlana, tylko bardziej chaotyczna. Dużo jeździłem zeberką, szczególnie gdy udało mi się kogoś namówić, aby mnie pchał. Czyli kilka razy dziennie. Podlewanie okazało się moim drugim powołaniem. Z konewką w dłoni zamieniałem się w trzyletnią wersję monsunu. Podlewałem wszystko: rośliny, chodniki, ludzi. Największą obsesją wakacji była jednak motoryzacja. Zacząłem od malowania opon kredą. A później wsiadałem do każdego auta, jakie się nawinęło i siedząc na kolanach taty – wydawałem komendy w stylu “prostuj!” czy “skręcaj!”, jak mały pilot rajdowy. Pozostałe chłopaki też to uwielbiali – najwyraźniej wszyscy mamy w sobie ukrytego kierowcę wyścigowego.
Trzy zaliczone wycieczki zasługują na osobne omówienie. Pierwsza: pociąg do Szczytna. Pociągi to moja długoletnia obsesja (za każdym razem, gdy przejeżdżał jakiś przez Świętajno, to biegałem do bramy go zobaczyć), więc coroczna przejażdżka z wujkiem Wojtkiem to dla mnie jak święto narodowe. Głównym punktem programu jest oczywiście pochłanianie wszystkich niezdrowych i zakazanych na co dzień smakołyków. Ale sam przejazd też ma swój urok. Druga: moje pierwsze kajaki. Pierwsza godzina była znakomita, ale potem zacząłem się zastanawiać, ile można patrzeć na wodę i las. Na szczęście tutaj też wyżerka grała pierwszoplanową rolę, więc ogólnie rzecz biorąc, kajaki kojarzą mi się bardzo dobrze. Trzecia wycieczka: rejs statkiem na urodziny dziadka. Też zalicza się do kategorii “będę to wspominać z sentymentem”, choć średnio całe to wydarzenie pamiętam.
Szkoda tylko, że następne wakacje dopiero za rok. Zdecydowanie za długo, jak na kogoś, kto już teraz planuje kolejne lodowe pielgrzymki.
