22 views 9 mins 0 comments

BERLIN. PART ONE.

In 2016
01 lipca, 2016

Ładna pogoda ma wiele zalet, z których najważniejszą jest to, że Stwórcy częściej ruszają swoje zadki i wyjeżdżamy na wycieczki bliższe i dalsze. To trochę jak z niedźwiedziami po zimie – wystarczy, że temperatura podskoczy powyżej magicznych 20 stopni, a nagle wszyscy odkrywają, że poza kanapą, kawą i serialami istnieje cały, wielki, wspaniały świat. Ostatnia z tych wypraw wyszła trochę przypadkowo, ale za to była fantastyczna – jak przypadkowy koncert jazzowy, w którym nikt nie wie, co gra, ale nagle wychodzi arcydzieło. Wszystko zaczęło się, gdy Ojciec załatwił dostawę towaru na koszt klienta. W biznesowym świecie to coś w rodzaju znalezienia stówki w starych spodniach – rzadkie, ale niezmiernie satysfakcjonujące. Po najkrótszych konsultacjach w historii rodziny – trzy minuty, bez kłótni i tylko jednym „a może jednak morze?” – długi weekend w Berlinie został zaaranżowany. To była prawdziwa lekcja efektywności decyzyjnej.

W czwartkowy ranek podstawiono nam praktycznie nową Mazdę 6, z czego Stwórcy bardzo się ucieszyli, bo był to swego czasu ich samochód (w miarę realnych) marzeń. Duże kombi, które jednak okazało się wcale nie takie duże, gdy przyszło do zmierzenia się z rzeczywistością polskiego pakowania na wyjazd (plus towaru dla klienta). Po serii skomplikowanych manewrów, wygibasów i 386 nieudanych próbach upchnięcia wszystkiego – całość przypominała próbę złożenia meblościanki z Ikei bez instrukcji i z opaską na oczach – Ojciec złożył broń i pozostawił trzy pudełka do dosłania. Strategiczną kapitulację ogłosił uroczyście, ale bez fanfar. W związku z powyższym ruszyliśmy w trasę ze standardowym, tym razem ponad godzinnym, opóźnieniem. To klasyk naszych wyjazdów – planuje się wyjazd na 8:00, wyjeżdża o 9:15, po wcześniejszym spakowaniu, rozpakowaniu, ponownym spakowaniu i dyskusji o tym, czy na pewno wszystko jest spakowane. Na szczęście nie jechaliśmy mikrusem, więc można było trochę nadrobić. Jechało się tak dobrze, że gdyby nie te piekielne bramki w okolicach Poznania, pewnie przyjechalibyśmy przed czasem!

Szybko trafiliśmy do naszego hotelu przy Anhalter Strasse. Miejsce znakomite logistycznie – blisko wszystkiego, co ważne – natomiast hotel dość przeciętny. Ale czego można było się spodziewać po Ibis Budget? Nazwa nie kłamała. Liczyć na luksusy w takim miejscu to trochę jak zamawiać szampana w barze mlecznym. Stwórcy liczyli przynajmniej na lodówkę – ale oczywiście się przeliczyli. Na szczęście wzięli ze sobą czajnik (dzięki polskiej tradycji zabierania ze sobą połowy domu), dzięki czemu mleko miałem zabezpieczone. A poza tym nie było tak źle. Łóżeczko dobre, materac wygodny i nawet śniadania przyzwoite – szczególnie posmakowała mi bułka z Nutellą, co automatycznie podniosło ranking hotelu o trzy gwiazdki w moim systemie ocen.

Po rozpakowaniu bagaży, Ojciec pojechał zrobić deal, a Matka i ja ruszyliśmy na pierwszy rekonesans. Tutaj powinienem opisać, jak to fajnie się spacerowało po berlińskich uliczkach, ale Ojca spotkało tak ciekawe doświadczenie, że jestem zmuszony o tym wspomnieć – to była prawdziwa lekcja kulturoznawstwa w praktyce. Znów odkrył, że za Odrą ludzie funkcjonują w innej rzeczywistości. U klienta był zbyt wcześnie (co samo w sobie jest wydarzeniem godnym odnotowania w annałach), więc wyładował towar do sklepu i został pokierowany przez miłą panią do najbliższej kawiarenki. Zamówił kawę i ciasteczko – standardowy zestaw dla polskiego biznesmena za granicą. Gdy przyszło do płacenia, okazało się, że nie można płacić kartą, więc zapytał o najbliższy bankomat. Pani za barem przyjechała do Berlina ledwie tydzień wcześniej i niestety nie orientowała się w okolicy. Ojciec proponuje, że pójdzie poszukać. A ona na to: „Proszę najpierw wypić kawę, bo wystygnie!”, później będziemy się martwić o płatność! I żeby się nie przejmował, bo… wierzy, że wróci. Wrócił. To było jak scena z filmu o naiwnych ludziach, którzy jeszcze wierzą w dobro. W Polsce taki scenariusz miałby finał z policją i wpisem na lokalnym forum: „Uwaga! Facet od kawy ucieka nie płacąc!”.

Ale wracajmy do wycieczki. Lokalny rekonesans na Potsdamer Platz przebiegał gładko – czyli spacer bez większych katastrof, a i zgubiliśmy się tylko dwa razy. Ojciec wkrótce do nas dotarł, a następnie wszyscy razem dołączyliśmy do grupki polskich kibiców oczekujących na mecz Polska-Niemcy na Euro 2016. Po zrobieniu kilku selfiaczy wróciliśmy do hotelu, aby obejrzeć mecz. Skończyło się bezbramkowym remisem, a mecz był mniej więcej tak ekscytujący jak oglądanie wysychania farby. Piątek według prognoz miał być deszczowy, więc zaplanowaliśmy zwiedzanie Muzeum Techniki – całe 500 metrów od hotelu. Prognozy się sprawdziły, myślenie Stwórców nie za bardzo. Pokrowca na wózek nie zabrali, bo „przecież ma padać”. Logika w wersji Monty Pythona. Ratowaliśmy się workiem na śmieci. Polak potrafi, szczególnie zagranicą! Zwiedzanie rozpoczęliśmy od sali z samochodami. Fury oczywiście były super, jednak problem był taki, że można było je tylko oglądać, co dla kogoś mojego wieku i temperamentu było mniej więcej jak oferowanie dziecku lodów, ale tylko do oglądania. Science Center to co innego – tu można było dotykać, klikać, przesuwać i generalnie robić totalną demolkę. Raj na ziemi dla takiego małego destruktora jak ja. Po trzech piętrach szaleństwa przyszedł czas na moją drzemkę. A raczej – na próbę drzemki, bo była to zdecydowanie ostatnia rzecz, o której myślałem. Byłem naładowany jak telefon… po nocnym ładowaniu. Stwórcy krążyli więc ze mną w deszczu, jak partyzanci pod ostrzałem, aż w końcu, po pół godzinie zasnąłem. Oni mogli wreszcie zjeść i złapać oddech. Po dość krótkiej drzemce tym razem ja wrzuciłem coś na ruszt i ruszyliśmy na zwiedzanie dalszej części muzeum. Samoloty? Piękne, ale nie można wejść – kolejny skandal jak przy samochodach. Statki? Meh. Kolejnictwo? Cudowne. Lokomotywy wszędzie – było ich chyba milion (no, może trochę przesadziłem), ale na pewno wystarczająco dużo, żeby zaspokoić moje zapotrzebowanie na wielkie i piękne maszyny. Na koniec poszliśmy do parku obejrzeć moje ulubione stare wiatraki – te prawdziwe, wielkie konstrukcje, które kręcą się na wietrze i przypominają mi o tym, dlaczego słowo “ka” jest tak ważne w moim słowniku.

Wieczorem jeszcze klasyk: Brama Brandenburska (duża i nie można się wspinać), Unter den Linden (ładna, długa, aleja z drzewami), boczne uliczki w centrum, czyli prawdziwy Berlin. Wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Pierwszy dzień zaliczony – bez awarii, bez zgubienia walizki i bez dramatu. Sukces!

CDN…

Visited 1 times, 1 visit(s) today