życie to seria pierwszych razów, to właśnie ukończyłem trylogię, która bez problemu mogłaby konkurować z “Władcą Pierścieni” lub pierwszą trylogią „Star Wars”. Po debiucie w samolocie i wizycie w ZOO, nadszedł czas na największy hit sezonu – basen. Po dwudziestu miesiącach obietnic Ojca, w końcu nadszedł ten wielki dzień. Gdybym tego tutaj nie opisywał, to zdecydowanie musiałbym to gdzieś zapisać. Albo zatrudnić biografa.
Tym razem – o dziwo – wszystko poszło jak z płatka. A to w naszym domu rzadkość na poziomie pojawienia się jednorożca w salonie. Musieliśmy zdążyć na zajęcia dla najmłodszych, więc poruszaliśmy się z prędkością chartów na zawodach. Dzięki pustym drogom i talentowi Ojca do parkowania w miejscach, gdzie fizyka wydaje się być co najwyżej sugestią, dotarliśmy na Merliniego 5 z dużym wyprzedzeniem., które pozwoliło nam spokojnie zjeść śniadanie i przeczytać gazetę.
W szatni od razu dopadła mnie ekscytacja. Czułem się jak generał przed bitwą, maszerując tam i z powrotem. Przesuwałem tabliczki z napisem “uwaga, ślisko!”, jakbym planował taktyczną operację. Wydawałem bojowe okrzyki, które z pewnością przestraszyłyby niejednego ratownika. Kiedy w końcu opuściliśmy azyl szatni i ujrzałem basen w całej jego chlorowej okazałości, moja twarz przeobraziła się w coś, co można było opisać jedynie jako “monstrualny uśmiech” – rodzaj uśmiechu, który sugeruje albo kompletne szczęście, albo delikatną obłąkańczą tendencję. Z moich ust wydobył się okrzyk, który prawdopodobnie słychać było w sąsiednim powiecie. I wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa.
Rozpoczęliśmy ostrożnie od brodzika – miejsca, które jest dla prawdziwego pływaka tym, czym parking dla Formuły 1. Szybko się znudziłem i ruszyliśmy do mniejszego basenu, gdzie sprawy zaczęły nabierać tempa. Szczególnie gdy zauważyłem grupę ludzi grających w piłkę wodną. Natychmiast zmobilizowałem Ojca do akcji – w końcu nie mogłem pozwolić, by taka okazja mi uciekła. Ale prawdziwa magia miała nastąpić dopiero przy zjeżdżalniach. Pierwsza była mniejsza, próbna. Mój entuzjazm był jednak tak słyszalny i widoczny (prawdopodobnie rejestrował go lokalny sejsmograf), że następna przejażdżka musiała być już z najwyższej zjeżdżalni. I to był moment, kiedy zrozumiałem, że znalazłem swoje powołanie życiowe. Przez kilkanaście minut Ojciec biegał ze mną po schodach, a my śmigaliśmy coraz szybciej i szybciej, prawie w tempie Formuły 1. Czułem się jak gwiazda rocka wodnych torów. Tak się zapomnieliśmy, że prawie przegapiliśmy lekcję pływania.
Zajęcia zaczęły się niewinnie. Pan instruktor – typ, który wyglądał, jakby mógł przepłynąć Kanał La Manche dla rozrywki – pokazywał ćwiczenia, a każdy rodzic próbował je odtworzyć ze swoim potomkiem. Początkowo było w porządku: skoki w górę, ślizgi na brzuchu i plecach, inne wodne akrobacje. Przeszkadzało mi trochę chlapanie w oczy i woda wlewająca się do uszu, ale generalnie zachowywałem się jak dżentelmen. Do czasu. Bo potem bezczelnie i bez ostrzeżenia zostałem zanurzony pod wodę. Niczym Czerwony Październik. Na całe, okrągłe dwie sekundy! Wyłoniłem się niczym u-Bot, wyjący syreną alarmową w postaci mojego płaczu. To było jak zdrada. Jak Brutus i Cezar, ale w basenie. Ojciec jakoś mnie uspokoił (prawdopodobnie kombinacją logiki i desperacji), ale mój entuzjazm wyraźnie opadł. Jedyne, co mnie motywowało, to inne dzieciaki, które – muszę przyznać – radziły sobie całkiem nieźle. Niektóre wręcz imponowały. Na koniec dostaliśmy makarony – takie kolorowe piankowe rurki. Podobno świetna pomoc naukowa. W mojej opinii – upokorzenie i prowokacja. Nie chciałem z nimi ćwiczyć, więc ostatnie minuty Ojciec spędził na desperackich próbach przekonania mnie, że „makaron jest fajny”. Spoiler: nie był. Myślałem tylko o jednym – „do rury!”.Na szczęście moje cierpienie szybko się skończyło, bo zajęcia dobiegły końca i mogliśmy wrócić do prawdziwej zabawy. Ojciec ponownie stał się moim partnerem w wodnych szaleństwach, biegając ze mną po schodach i zjeżdżając raz mniejszą, raz większą rurą. Odważyłem się nawet na zwykłą zjeżdżalnię, której początkowo się bałem – ale okazało się, że moje obawy były tak uzasadnione jak strach przed pudełkiem po pizzy. Po kilkunastu minutach tych wodnych orgii Ojciec zauważył, że trzęsę się jak galareta w czasie trzęsienia ziemi. Wspominał później, że sam kiedyś trząsł się tak samo, ale dalej chciał pływać. Historia zatoczyła koło. Mnie dreszcze wcale nie przeszkadzały, ale Ojciec zaciągnął mnie do jacuzzi, żebym się trochę ogrzał. Po chwili zjechaliśmy jeszcze dwa razy i wreszcie trzeba było iść do szatni.
Jak możecie wywnioskować z tej relacji, basen błyskawicznie awansował do mojego osobistego Olimpu rozrywki. Dawno się tak dobrze nie bawiłem – a to mówi facet, który niedawno odkrył zoo i podróże lotnicze. Najwyraźniej szaleństwa w Piasutnie w wakacje to nie był przypadek. Woda to mój żywioł, moje naturalne środowisko, moje przeznaczenie. Tak jak czekałem dwadzieścia miesięcy na pierwszą wizytę, kolejne nastąpiły bardzo szybko i zaczyna mi już brakować palców do ich liczenia. Za każdym razem zabawa jest kapitalna, pierwszorzędna i wyśmienita niczym obiad w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. Tyle że zamiast foie gras mam rurę wodną, a zamiast sommeliera – Ojca sapiącego na schodach.
