19 views 4 mins 0 comments

KONIEC SMOCZKA.

In 2016
22 kwietnia, 2016

Wiosna to nie tylko blaski – to także zmiany (myśleliście, że cienie, co?!), a zmiana, jak każdy szanujący się konserwatysta wie, to synonim kłopotów. Wszystko zaczęło się od przeczytania jakiegoś artykułu o rozwoju osiemnastomiesięcznego dziecka. Ah, te artykuły! To jak horoskopy dla rodziców – zawsze znajdą sposób, żeby wmówić ci, że robisz coś nie tak. Tym razem magiczna mądrość internetowych guru poradnikowych brzmiała: “Po osiemnastym miesiącu odzwyczajanie od smoczka staje się coraz trudniejsze”. Logika żelazna: im trudniej ma być, tym szybciej trzeba działać. Brawo, naprawdę, nobel z pedagogiki.

Pewnego mało pięknego wieczoru (przynajmniej dla mnie) Stwórcy wykonali swój plan. Położyli mnie spać bez smoczka, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Jakby przez ostatnie osiemnaście miesięcy smoczek nie był moim najlepszym przyjacielem, powiernikiem i głównym źródłem komfortu egzystencjalnego. Na szczęście – i tu muszę przyznać im pewną strategiczną inteligencję – nie rzucili mnie na głęboką wodę z zaskoczenia. Podobnie jak z odstawieniem od piersi, przyzwyczajali mnie do tego stopniowo. Od dłuższego czasu smoczka dostawałem zasadniczo tylko wieczorem do zaśnięcia, czasami jeszcze przed dzienną drzemką, ale coraz rzadziej. Przygotowania jednak na nic się zdały. Zrobiłem oczywiście to, co każdy rozsądny obywatel zrobiłby w obliczu takiego zamachu na wolność jednostki: wszcząłem rebelię. Krzyki, wrzaski, płacz – w różnych konfiguracjach, czasem jednocześnie, a czasem w pięknym crescendo, które mogłoby posłużyć jako podkład do thrillera psychologicznego. Tak skutecznie rozkręciłem koncert, że Stwórcy musieli wrócić do metody 3-5-7. Na szczęście dobiliśmy tylko do „5”, bo przy „7” pewnie wyważyłbym szczebelki w łóżeczku i uciekł do UNICEF-u zgłosić znęcanie się nad dzieckiem. Kolejna noc była równie tragiczna. Jedynym promykiem w tej ciemnej epopei była nowa tradycja: tulenie. Matka, widząc moją rozpacz, nauczyła mnie odwzajemniać uściski. Więc teraz, gdy pyta: „Jak Igi kocha mamę?”, rzucam się na szyję i wieszam jak koala na eukaliptusie. I wiecie co? To faktycznie trochę łagodziło ból po smoczkowym odwyku. Z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. Po kilku dniach dostawałem jeszcze smoczka po przebudzeniu w nocy, jeśli mocno się rozpłakałem – co było jak negocjowanie warunków rozejmu w środku konfliktu. Jednak każdego ranka przed moim przebudzeniem był zabierany i ukrywany w szafce, do której nie zaglądam. Sprytne, muszę przyznać.

I tak oto jestem już wolny od smoczka. Kompletnie wyleczony. To dziwne uczucie – jakby część mnie odeszła na zawsze, ale jednocześnie czuję się bardziej dorosły. Zastanawiam się tylko, co będzie następne. Butelka? Książeczki? Plac zabaw? A może – o zgrozo – jedzenie? Patrząc na ich miny, mam złe przeczucia.

Visited 1 times, 1 visit(s) today