12 views 5 mins 0 comments

THE SUN IS BACK.

In 2016
04 kwietnia, 2016

W tym tygodniu przyszła wiosna, co oznacza, że Ojciec wreszcie przestał wyglądać jak człowiek, który właśnie otrzymał PIT-37 i próbuje zrozumieć rubrykę trzydzieści dwa. Przez całe dwa dni termometr wskazywał powyżej dwudziestu stopni, co u dorosłych wywołało stan euforii porównywalny z odnalezieniem stówki w starej kurtce. „Nareszcie!” – wykrzykiwał Ojciec do każdego, kto jeszcze nie uciekł w panice.

Muszę przyznać, że nigdy nie rozumiałem tej dorosłej obsesji na punkcie pogody. Dla mnie każdy dzień jest dobry, o ile mogę wyjść na dwór i demolować otoczenie z gracją Godzilli w przedszkolu. A odkąd nauczyłem się samodzielnie schodzić po schodach, moje możliwości niszczycielskie wzrosły co najmniej o 300%. Ten schodowy przełom zasługuje zresztą na osobny akapit. Do tej pory Ojciec traktował mnie jak walizkę – co było wprawdzie wygodne, ale mocno ograniczało moją autonomię. Pewnego pięknego dnia postanowiłem przejąć inicjatywę: złapałem go za rękę, spojrzałem z determinacją Napoleona w wersji mini i ruszyłem w stronę schodów, jakbym prowadził atak na Bastylię. Puściłem dopiero na dole. Ojciec stał jak wmurowany, z miną człowieka, który właśnie odkrył, że jego potomek nie jest dzieckiem, tylko generałem w przebraniu.

Dobra aura ma swoje niepodważalne zalety, głównie w postaci możliwości wycieczek w fascynujące miejsca, jak na przykład warsztat wymiany opon. Dla dorosłego to prawdopodobnie jedno z najbardziej depresyjnych miejsc na ziemi, tuż po urzędach skarbowych i spotkaniach rodzinnych. Dla mnie? Raj na ziemi. Niezliczona ilość kół w każdym rozmiarze i kolorze – to jak Disneyland dla kogoś, kto ma obsesję na punkcie okrągłych kształtów. A koło to moja wielka miłość. Ulubiony kształt, słowo (może poza magicznym “nie”) i jedyny obiekt, który potrafię narysować. Gdy Stwórcy pytają, co maluję, odpowiedź zawsze brzmi dumnie: “kchoooło”. A gdy chcę, żeby oni coś narysowali, pada z moich ust zaklęcie: “ka” – co w moim języku oznacza wiatrak, kolejną okrągłą rzecz, która kręci się i hipnotyzuje.

Oczywiście, moje fascynacje zmieniają się szybciej niż trendy w modzie. Gwiazdki, które jeszcze niedawno były absolutnym hitem, dziś spadły do kategorii „okeeej”. Teraz na piedestale stoi Myszka Miki, którą Stwórcy przemycili na kubku z Grójeckiej. Potem odkryłem ją jeszcze na skarpetkach, nauczyłem się mówić jej imię – i tak oto zawarłem najważniejszy związek w moim dotychczasowym życiu. W podobny sposób awansowały panda (obecna na moich bodziakach) i Świnka Peppa (królująca na skarpetkach). Bajek z ich udziałem jeszcze nie widziałem, ale to tylko wzmaga napięcie. Czekam na te premiery jak inni na nowe Star Wars. 

No i kulminacyjny punkt programu „ciepła pogoda” – place zabaw. Ach, place zabaw! Wraz z wiosną stały się areną codziennych batalii. Oto przepis na idealne popołudnie: niszczenie babek z piasku (wymaga wyczucia i timing’u godnego komandosa), podkradanie zabawek (to jak dodatkowy poziom w grze komputerowej), zjeżdżalnie (są jak wehikuły do innego wymiaru) oraz inni rówieśnicy, gotowi na wszystko, jednego dnia sprzymierzeńcy, drugiego arcywrogowie – w bitwie o władzę w piaskownicy. Cóż może być lepszego?!

Dlatego mam nadzieję – tak jak Stwórcy i zapewne reszta populacji tego kraju, która właśnie odkryła, że można wychodzić z domu bez pięciu warstw ubrań – że ta aura będzie tylko lepsza. Bo życie jest za krótkie, żeby spędzać je w domu.

Visited 1 times, 1 visit(s) today