17 views 5 mins 0 comments

WALENTYNKI NA MAZURACH.

In 2016
08 lutego, 2016

Stwórcy postanowili zrobić sobie długi weekend. W walentynki. Romantycznie, prawda? Tylko że w pakiecie byłem też ja, więc ich walentynki wyglądały trochę mniej jak z filmu z Meg Ryan, a trochę bardziej jak z dokumentu „Podróże z maluchem”. W piątek po drugim śniadaniu spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy na Mazury, do dziadków. Podróż minęła sprawnie: połowę przespałem, a drugą połowę udawałem kontrolera jakości widoków za oknem. Swoją drogą — mam nowy fotelik, ustawiony przodem do kierunku jazdy. Komfort, luksus, no i biznes życia: Stwórcy sprzedali poprzedni i po zakupie nowego byli… sto złotych do przodu! Normalnie Buffettowie z Allegro.

Na miejscu czekało mnie jednak gigantyczne rozczarowanie na miarę dziecka, które odkrywa, że Święty Mikołaj to jednak tata w przebraniu. Wchodzę do domu, rozglądam się i… ani jednej gwiazdki. ZERO. W święta było tu jak w planetarium, a teraz? Jak mawiał klasyk: niczego nie było. Chodziłem z miejsca na miejsce jak detektyw badający miejsce zbrodni, pokazywałem palcem miejsca, gdzie w święta gwiazdki wisiały i smutnie mówiłem “Nie”, bezradnie rozkładając ręce w geście tragicznym jak aktor szekspirowskiego teatru. Stwórcy mieli ubaw, ja mniej. Na szczęście Babcia uratowała sytuację — wyciągnęła jedną czy dwie gwiazdki „awaryjne” (zawsze miej plan B w sprawie gwiazdek, to życiowa lekcja) i do tego rzuciła mi w ręce zapomniane zabawki. No i zapewniła mi to, co najważniejsze – atenzione permanento. Plus każdego ranka odpalała świeczkę w kuchni, więc tradycja została zachowana i mogłem odetchnąć. Jednak mimo tego całego komfortu, kilka razy dziennie wykonywałem smutną pielgrzymkę do miejsc, gdzie powinny być gwiazdki i nadal głośno przypominałem wszystkim dookoła o tej wielkiej tragedii dekoracyjnej. Niektórzy nazywają to uporczywością, ja nazywam to dbaniem o standardy.

Pogoda tylko postanowiła nie dopisać, jakby ktoś zamówił specjalnie klimat z najgorszego brytyjskiego filmu o wakacjach. Zimno, mokro, wiatr w twarz — horror jak spacer po Londynie w listopadzie bez parasola. Na dwór wychodziłem na kilkanaście minut, a i tak wracałem jak rozżalony kot i za każdym razem podczas powrotu do domu głośno wyrażałem swoje niezadowolenie jak krytyk teatralny po najgorszej premierze roku. I jeszcze jedno: fryzjer. Były plany, żeby mnie tam wysłać, ale ostatecznie Ojciec tylko co jakiś czas próbuje przycinać mi grzywkę w stylu „piłowanie gałęzi tępą piłą”. W efekcie wyglądam trochę jak wczesny Beatles, trochę jak ktoś, kto właśnie uciekł spod kosiarki. No i walentynki. Nic nie dostałem. Ani kwiatka, ani czekoladki, nawet lizaka w kształcie serca. To z powodu braku drugiej połówki. Dzięki za info, ale może gdybyście mi pomogli znaleźć jakąś fajną koleżankę, to nie siedziałbym teraz na lodzie, jak pingwin, który spóźnił się na randkę.

Weekend, jak to weekendy, skończył się za szybko. W poniedziałek trzeba było wracać. Problem polegał na tym, że nasz poczciwy Mikrus (samochód, nie ja) postanowił się obrazić, zawilgotniał i nie chciał odpalić. Sprawa była poważna: prawie wzywaliśmy księdza. Na szczęście po pół godzinie suszenia w garażu Mikrus westchnął, zakaszlał i jednak ruszył. I tak skończyły się walentynki — bez gwiazdek, bez prezentów, za to z jednym cudem motoryzacyjnym.

Visited 1 times, 1 visit(s) today