19 views 8 mins 0 comments

RÓŻNE ZNACZENIA „KOMUNIKACJI”.

In 2016
16 lutego, 2016

Komunikacja. Co prawda to słowo brzmi jak nazwa włoskiej restauracji, ale ja właśnie opanowuję tę sztukę z gracją młodego Pavarottiego odkrywającego, że umie nie tylko krzyczeć, ale i śpiewać. Wszystko zaczęło się od książek. A właściwie od mojego genialnego planu zmuszenia Ojca do ich czytania. Któregoś wieczoru, po standardowej procedurze kąpiel-mleko-sofka, usiadłem z kilkoma książkami jak mały literacki krytyk przygotowujący się do demolowania najnowszego bestsellera. Stwórcy akurat wpychali w siebie kolację, ale moje potrzeby intelektualne nie mogły czekać. Wydałem więc z siebie majestatyczne “TATA!” – pierwsze i jedyne słowo, które naprawdę liczy się w tym biznesie. Efekt był natychmiastowy i spektakularny. Gdybym był reżyserem, sfilmowałbym to w zwolnionym tempie z odpowiednią muzyką. Stwórcy rozpromienili się jak dwa pawie w czasie godów, ich body language krzyczało: “Nasz syn jest geniuszem!” Kolacja została porzucona szybciej niż plan Brexitu, a ja zostałem wyniesiony na piedestał literacki. Od tego momentu mój słownik rośnie jak zadłużenie państwa. Złapałem kilka nowych perełek i znacząco poprawiłem jakość wykonania klasycznych hitów “Mama” i “Tata”. Gdy jestem głodny albo widzę coś apetycznego (czytaj: zarezerwowane dla Stwórców), wydaję z siebie smakowite “Mniam” i melduje się przy misce jak pies Pawłowa, tylko śliczniejszy i mniej śliniasty. Oczywiście to nigdy nie jest moje zwykłe jedzenie (do mojego regularnego żarcia podchodzę z entuzjazmem zombie na diecie wegańskiej). To zawsze jest jakiś rarytas: sernik, lody czy ciastka – rzeczy, które normalnie są dla mnie bardziej niedostępne niż bilety na koncert Beyoncé.

Moja obecna faza rozwojowa mogłaby się nazywać “Wszystko Jest Nie, Nawet Gdy Jest Tak”. Opanowałem oczywiście klasyki gatunku: “Tu”, “Tam”, “To” (grane non-stop jak przeboje A-ha), “Bam”, “Pam” i inne dźwiękowe efekty specjalne. Ale koroną mojego repertuaru jest stare, dobre “NIE”. Jestem już na takim etapie, że na 95% pytań odpowiadam “Nie”, a nasze konwersacje przypominają absurdalny teatr:

Stwórca: “Igi, chcesz jabłko?”
Ja: “Nie.”
Stwórca: “Trzymaj.” (podaje jabłko)
Ja: “Mniam.” (pożeram jak głodny Hobbit)

To jest właśnie prawdziwa komunikacja XXI wieku – pełna sprzeczności, ironii i jabłek. Oprócz tego rozwijam jeszcze swój język narodowy, czyli Igoro-mowę. Czasami nawijam jak młody Eminem po zbyt dużej ilości Red-Bulli, wypluwając niezrozumiałe dla nikogo (łącznie ze mną) potoki słów i pseudo-słownych dźwięków. To jak słuchanie radia na falach krótkich podczas burzy – dużo szumu, trochę muzyki, zero sensu, ale jakoś wciąga. Poza tym stosuję też komunikację niewerbalną: przynoszę buty, jak chcę wyjść albo wręczam zabawkę, którą należy się zająć tu i teraz. Zero miejsca na interpretacje.

Ale komunikacja to nie tylko słowa. To też podróże. Ostatnio miałem intensywny kurs miejskiej logistyki: tramwaj, pociąg i samoloty na lotnisku. Tramwaj? Od zawsze podziwiam, choć w środku zazwyczaj robiłem sceny. Tym razem było trochę lepiej — Ojciec dał mi do skasowania bilet i mogłem wcisnąć przycisk „Stop”. Dwa przystanki przejechałem jak VIP, a w drodze powrotnej siedziałem na fotelu i podziwiałem widoki jak turysta na pierwszym wyjeździe do Paryża. Życie jak w reklamie ZTM. Samoloty? Lotnisko było w planach od dawna, bo uwielbiam książeczkę o samolocie i gdy widzę jakiś przelatujący, machamy z Ojcem i wołamy: “Panie pilocie!!! Dziura w samolocie!!!” (klasyków się nie zastępuje). Niedzielne popołudnie to nie był szczyt sezonu lotniczego, ale zobaczyliśmy kilka lądowań i startów. Spektakl pierwsza klasa, tylko bez popcornu. Wycieczka zaliczona jako udana i już planuję powrót, szczególnie gdy będzie cieplej. A pociąg? Plan był prosty: idziemy popatrzeć jak na zwierzątka w zoo. Spotkaliśmy jednak miłego pana konduktora w intercity, który zaprosił nas na pokład, a Ojciec uznał to za znak z niebios i wpakował się ze mną do środka. Nagle pociąg ruszył. Moja mina? Bezcenne „WTF”. Było gorąco jak w saunie, tłoczno jak w metrze w godzinach szczytu i ogólnie nie podobało mi się absolutnie nic. Na szczęście Ojciec odkrył, że guzik do drzwi jest najlepszym wynalazkiem w historii transportu, więc zostałem operatorem drzwi. W końcu jakaś rozrywka w tym mobilnym piekle. Po kilku minutach dojechaliśmy na Centralny i mogłem odetchnąć z ulgą, jak Andy Dufrense po przeczołganiu się na drugą stronę muru. Wjechaliśmy i zjechaliśmy ruchomymi schodami, które uwielbiam, i zaczęliśmy szukać pociągu powrotnego. Po krótkim spacerze zjechaliśmy na kolejny peron i z ciemności wynurzyły się światła nadjeżdżającego składu. Z daleka wyglądał fantastycznie – jak w filmie o pociągach. Z bliska? Kompletnie nie podobał mi się pomysł wejścia do tej metalowej puszki. Pomimo moich zdecydowanych protestów (a protestuję jak związkowiec-górnik pod Sejmem), dokonaliśmy abordażu prawie pustego pociągu. Ojciec postawił mnie na nogi i ruszyliśmy w poszukiwaniu biletomatu, jak Indiana Jones szukający skarbów. Szliśmy, i szliśmy, i szliśmy… W końcu znaleźliśmy go na samym końcu pociągu. Okazało się, że były nam potrzebne jak piąte koło u wozu, bo Ojciec miał bilety w portfelu. Skasowałem je (bo kto jak nie ja?) i zająłem się moją ulubioną rozrywką – przyciskiem do otwierania drzwi. Gdy pociąg ruszył, znów zrobiło mi się niedobrze, ale zostałem posadzony w fotelu i odkryłem ciekawy świat za oknem. Oczywiście jak tylko przestałem narzekać i zaczęło mi się podobać, to wjechaliśmy na Zachodni i musieliśmy wysiadać. Idealne wyczucie czasu, jak zawsze.

Teraz z niecierpliwością czekam na poprawę pogody i kolejne podróżnicze przygody. Coś mi się wydaje, że będzie ze mnie niezły globtrotter – przynajmniej Stwórcy najwyraźniej próbują mi zaszczepić takie właśnie aspiracje. Może to ich subtelny plan, żebym w przyszłości zabrał ich w podróże dookoła świata? W każdym razie ja czekam teraz na fajne wakacje w ciepłych krajach.

Visited 1 times, 1 visit(s) today