16 views 7 mins 0 comments

URODZINY NR 1.

In 2015
08 września, 2015

No więc stało się – oficjalnie mam za sobą rok życia. I tak jak w większości sytuacji, które wydają się ważne, okazało się to być kompletnie nieważne, ale w jakiś dziwnie satysfakcjonujący sposób. Uroczystość była – jak to określiłby Ojciec, gdyby pisał recenzję na TripAdvisorze – “skromna, ale serdeczna”. Stwórcy nie należą do tych, co kochają fajerwerki i pompatyczne bale. Oni mają w genach raczej opcję „kolacyjka we dwoje w Akademii Smaku, winko, serniczek na deser i do domu”. Zero konfetti, zero fanfar. Tak więc i moje pierwsze urodziny odbyły się w bardzo kameralnym gronie. Babcia Tereska akurat wpadła z wizytą, co podniosło liczebność imprezy do zawrotnych czterech osób, wliczając solenizanta. Świeczki nie zdmuchnąłem (brak koordynacji oddechowej), ale tort spróbowałem i szczerze mówiąc, smakiem przypominał karton z nutą wanilii. Prezentów spektakularnych nie było, ale konto urosło o parę stówek, co — jak mawia Ojciec — jest najrozsądniejszym prezentem, przynajmniej dla jednoroczniaka. I to by było na tyle. Z całego wieczoru nie ma nawet jednego dobrego zdjęcia, co generalnie podsumowuje całą imprezę Mam tylko nadzieję, że za rok będzie odrobinę weselej.

Ale nie ma co narzekać — rok minął szybko i zostawił po sobie sporo zmian. Z czterech kilogramów i pięćdziesięciu sześciu centymetrów zrobiło się już jedenaście kilo żywej wagi i osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Na froncie dentystycznym — sześć zębów, co oznacza, że mogę nie tylko uśmiechać się w sposób, który topi serca, ale również zadawać ból podczas karmienia piersią. Poruszam się z prędkością przyprawiającą o zawrót głowy wszystkich dorosłych, a samochody stały się moją obsesją – nie tyle jako środek transportu, co jako przedmiot kultu. Mam ich chyba więcej niż Jeremy Clarkson w czasach świetności Top Gear. Ewolucja żywieniowa była równie dramatyczna. Od ekskluzywnej diety opartej na “naturalnych produktach lokalnego dystrybutora” (pierś Matki) przeszedłem na różnorodne menu obejmujące kanapki, owoce, a czasem nawet lody. To było jak przejście od piwa bezalkoholowego do lokalnego bimbru z Rosji – nagle świat smaków stał się znacznie bardziej interesujący i niebezpieczny. Kąpiele? To sinusoida emocji: od miłości, przez furię, aż po pełen zachwyt. Jedynie mycie głowy nadal pozostaje w kategorii „średniowieczne tortury”.

Odkryłem radość pomagania w pracach domowych, co w praktyce oznacza, że jestem jak ten kolega, który “pomaga” ci się przeprowadzać, ale głównie pije twoje piwo i komentuje, że robisz to źle. Rozładowywanie zmywarki to moja specjalność – umiem z matematyczną precyzją wyjmować każdy pojedynczy element i rozmieścić go po całej kuchni. Oczywiście nie tam, gdzie życzyliby sobie tego Stwórcy, ale kto by się przejmował. Odkurzanie traktuję jak sport ekstremalny. Jest hałas, jest ruch, są rzeczy, które można zbierać i rozrzucać ponownie. Meble z Ikei? Klocki Duplo przy nich to jakaś mierna namiastka prawdziwej zabawy. Ale największa miłość ostatnich miesięcy to wiatraki. Wszystkie, bez wyjątku: małe plastikowe zabawki, biurkowe dmuchawy, majestatyczne wiatraki holenderskie czy całe farmy stojące w polu. Ojciec ustawił mi nawet animowaną tapetę z wiatrakami w telefonie, a gdy rysujemy, zawsze zaczynam od wiatraka i słońca.

Ale prawdziwa rewolucja kryje się gdzie indziej: w mojej głowie. Wiem, rozumiem i coraz częściej wykorzystuję tę wiedzę… przeciwko Stwórcom. Do tego stopnia, że Ojciec w akcie desperacji musiał ściągnąć pierwszy sezon „Superniani”, co było jak przyznanie się do porażki na piśmie. Jak się uprę, to nie ma mocnych. Płacz, krzyk, zgrzytanie zębami, pięści w górę i po sprawie — dostaję to, czego chcę. I działa to wyśmienicie, bo Stwórcy wciąż częściej ustępują, niż walczą, zgodnie z jedyną słuszną zasadą wychowawczą: jeśli dziecko czegoś chce to trzeba mu natychmiast ustąpić. Ich wysiłki zmierzające do “okiełznania” mnie mają jednak pewien komiczny urok. To jak oglądanie kogoś, kto próbuje złożyć meble z Ikei bez instrukcji, ale w tym przypadku meblem jestem ja, a instrukcja została napisana w języku, którego nikt nie rozumie. Choć trzeba im oddać, że powoli rosną w siłę i wymyślają coraz sprytniejsze sposoby, by mnie ogarnąć. Ja z kolei odpowiadam coraz nowszymi trikami. Walka trwa.

Na szczęście moje błyskawicznie rosnące IQ ma również swoje plusy dodatnie. Zdecydowanie ułatwia komunikację i teraz wszyscy znacznie lepiej się rozumiemy: jak jestem głodny, to idę do fotelika; jak chcę na dwór — przynoszę buty; jak jestem zły — zaciskam zęby i pięści, wydając przy tym sygnał dźwiękowy w paśmie UKF/FM/AM do kwadratu (generalnie nie do zniesienia). Pokazuję też, co mam ochotę zjeść (najczęściej kanapkę albo płatki kukurydziane). Wszystko to sprawia, że nasze wspólne życie stało się trochę łatwiejsze.

Patrząc wstecz, był to rok bardzo intensywny i obfity: były cudowne wakacje, był niecudowny szpital, było mnóstwo emocji pozytywnych i negatywnych. Trochę przypominał codzienną walkę o przetrwanie z dwojgiem dorosłych, którzy najwyraźniej nigdy nie spodziewali się, że rodzicielstwo będzie wymagało tyle pracy. Kolejny rok zapowiada się równie obiecująco. Mam nadzieję, że do następnej rocznicy będę mógł już wykrztusić z siebie kilka słów. A wtedy dopiero Stwórcy będą mieli ze mną wesoło. Bo jak wiadomo, nie ma nic gorszego niż małe dziecko, które potrafi artykułować swoje żądania

Visited 1 times, 1 visit(s) today