18 views 9 mins 0 comments

PIERWSZE WAKACJE.

In 2015
31 sierpnia, 2015

Wakacje… Jednak było coś na rzeczy, gdy Stwórcy, jeszcze z moim skromnym ja w brzuchu, rozmawiali o nich z nutą tęsknoty i oczekiwania w głosie, jakby planowali spotkanie z legendą. Jest to piękny okres w roku, który jak wszystkie fajne rzeczy, zbyt szybko się kończy. To jedna z tych prawd uniwersalnych, jak prawo Murphyego czy fakt, że kolejki w Ikei są zawsze dłuższe, niż się spodziewasz. Spędziłem je praktycznie cały czas na Mazurach, na podwórku lub nad jeziorem, biegając, bawiąc się w piasku i pluskając w wodzie. Pogoda dopisywała, a w sierpniu było gorąco jak w Egipcie – tylko bez piramid i z lepszym jedzeniem.

Mój dzień miał swój stały rytm. Pobudka w okolicach 7 rano (plus minus godzinka). Minus oczywiście gdy Stwórcy posiedzieli do późna i wypili trochę winka, a plus, gdy ja nie spałem zbyt dobrze w nocy i musiałem się zregenerować. Z rana przeważnie przejmował mnie Ojciec, a Matka dzięki temu mogła jeszcze na chwilę zmrużyć oczy. Po krótkiej zabawie jadłem śniadanko i oczekiwałem – wydając z siebie imponującą dawkę decybeli – natychmiastowego wyjścia na zewnątrz. To była moja codzienna kampania na rzecz prawa do świeżego powietrza, prowadzona metodami, których pozazdrościłyby mi najlepsze związki zawodowe i organizacje terrorystyczne. Zabawa, trawa, piłka, trochę biegania i od razu robiłem się śpiący. Drzemka, drugie śniadanie i od nowa: harce, gonitwy, wypady na groblę w Piasutnie, plaża, woda, moja ukochana dmuchana rakieta i – co tu dużo mówić – od czasu do czasu jeszcze cudze zabawki – z nimi zabawa była zdecydowanie najlepsza. To pierwsza lekcja ekonomii: dobra innych zawsze wydają się cenniejsze niż własne. Wieczorem obowiązkowy program: ganianie po podwórku, próba zmiany kół w samochodzie, piłka, bańki mydlane i czasem spotkanie z psem sąsiadów. Kolacja na świeżym powietrzu, kąpiel i spanie – choć, szczerze mówiąc, najchętniej przedłużałbym ten dzień w nieskończoność. To był rytm życia, którego pozazdrościć mogła każda gwiazda Hollywood.

W międzyczasie zjechała się cała rodzina i w końcu miałem okazję poznać wszystkich wujków, ciocie i kuzynów. Wujkowie na początku budzili moją alergię, która z czasem ustąpiła. Ciocie okazały się zdecydowanie szybciej przyswajalne – miały tę umiejętność, którą posiadają wszystkie dobre ciocie na świecie: natychmiastowe rozpoznanie moich potrzeb i błyskawiczne ich zaspokojenie. Kuzyni? To już była miłość od pierwszego wejrzenia. Wystarczyło, że zobaczyłem ich zabawki – same samochody – i już wiedziałem, że to jest to. Od tego momentu inne zabawki przestały dla mnie istnieć. A potem… przyszła ta dramatyczna chwila rozdania prezentów: oni dostali po aucie, a ja… grającą kierownicę. To był policzek, cios prosto w serce i zdrada w jednym. Rozpłakałem się tak, że ziemia zadrżała. Był to krzyk rozpaczy, protest przeciwko systemowi, manifestacja na rzecz równych praw do fajnych zabawek. I wygrałem! Od tej chwili większość moich prezentów miała cztery kółka. Sprawiedliwości stało się zadość. 

Zabawy były wyśmienite. To się ganialiśmy, to chowaliśmy, to graliśmy w piłkę albo puszczaliśmy do siebie auta. Lub też kradliśmy sobie zabawki, po czym wybuchała wielka awantura, w której mój głos był zawsze najdonośniejszy. Jako ten najmłodszy najwięcej mi wybaczano i przeważnie ukradziona zabawka zostawała w moich rękach. Ale – i to było odkrycie filozoficzne – jak już była moja, to przestawała być taka fajna. Jak się okazuje, sam akt kradzieży przynosił najwięcej satysfakcji. I tak płynęły dni w atmosferze nieprzyzwoitej wręcz beztroski. Byłem rozpieszczany, miałem pełną władzę nad własnym czasem i poczucie, że świat istnieje tylko po to, by zaspokajać moje zachcianki. A że zawsze ktoś przy mnie był – Matka, Ojciec, babcia, dziadek, ciocia, wujek, kuzyn czy inny skoligaceniec – to nigdy nie było miejsca na nudę. Dni mijały na słońcu, a wieczory na biesiadach, które mnie niestety omijały, bo odbywały się zbyt późno. Z drugiej ręki dowiedziałem się, że Ojciec zaskoczył wszystkich, wygrywając coroczny konkurs w lotki i zgarniając puchar, którym chwalił się później jak mistrz olimpijski.

Sierpień nieuchronnie zbliżał się ku końcowi i trzeba było pomyśleć o powrocie. Planowano jeszcze wycieczkę do Krakowa, ale nieznośne upały zmieniły kierunek – padło na wizytę u drugich dziadków. Po krótkim postoju w Warszawie, gdzie wpadliśmy tylko na dwie noce, ruszyliśmy na południowy zachód. A tam znów sielanka. Taras, kotek, piesek, świeże powietrze w środku lasu. Znowu spotkanie z wujkami (reakcja trochę alergiczna, jak zwykle), ciociami (reakcja bardzo dobra, jak zwykle) i kuzynkami (reakcja fantastyczna, jak zwykle). Znowu żyć nie umierać, korzystać i nie wyjeżdżać. Ale wyjechaliśmy, do trzeciej babci, która lato spędzała nad Jeziorem Sławskim. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Wschowę, której centrum zrobiło na mnie spore wrażenie – malownicze, pełne uroku, jakby tylko czekało, aż ktoś je wyremontuje i zamieni w pocztówkę. Po krótkich odwiedzinach wróciliśmy do Świniar, gdzie ja zająłem się  zabawami, a Stwórcy i wujostwo opróżnianiem piwniczki i zamrażarki dziadków. Trzeba przyznać, szło im to wyjątkowo sprawnie.

Tak jak wspomniałem na początku, to co fajne zawsze zbyt szybko się kończy, choćby trwało nie wiadomo jak długo. Jak najlepsze seriale po kilku sezonach. Moje pierwsze wakacje kończyły się również i powoli wszyscy troje oswajaliśmy się z koniecznością powrotu do normalnego życia. Na samą myśl wszystkim odechciewało się wszystkiego, ale jak mawiał pewien raper, czas to największy terrorysta, więc przyszedł czas i na nasz powrót. Zapakowaliśmy się więc do mikrusa i pomknęliśmy, przepisowo oczywiście, w stronę Warszawy. I podsumowując jednym zdaniem mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że to były wakacje życia! Już żałuję, że się skończyły i nie mogę doczekać się następnych.

Visited 2 times, 1 visit(s) today