19 views 5 mins 0 comments

MAJÓWKA 2015.

In 2015
05 maja, 2015

Moje świeżo nabyte supermoce – stanie na nogach jak młody surfer i rozrzucanie wszystkiego w zasięgu rąk – uznałem za wystarczająco widowiskowe, żeby zaprezentować je drugim Dziadkom. W tym celu ruszyliśmy na majowe spotkanie rodzinne, które brzmi bardzo elegancko, a w praktyce oznacza “pakujemy cały dom do samochodu i jedziemy pokazać dziecko”. 

Trasa była długa i nudna, dlatego też przyszykowałem Stwórcom kilka niespodzianek – bo po co jechać spokojnie, skoro można zamienić podróż w prawdziwą przygodę. O kupach i osikanych ubraniach nie będę wspominał, bo to akurat jest standard – zdarzyło się raz czy dwa, co w moim wykonaniu oznacza “prawie wcale”. Warty wspomnienia natomiast jest postój na obiad w Kaliszu – wydarzenie, które przejdzie do historii rodzinnej jako “ten dzień, gdy wszystko poszło nie tak, jak planowano”. Zajechaliśmy do centrum handlowego, gdyż przy okazji trzeba było nabyć Dziadkowi prezent urodzinowy. Multitasking w najczystszej postaci: jedźmy, jedzmy, kupujmy i róbmy wszystko na raz. Tym zajął się Ojciec, a ja z Matką poszedłem na lunch. Zjadłem z apetytem i w zasadzie byliśmy gotowi do dalszej drogi. Ale w pewnym momencie stwierdziłem, że przyszedł dobry czas, aby trochę tego lunchu zwymiotować na siebie. Bo dlaczego miałbym zachowywać jedzenie tylko dla siebie, skoro mogę się nim podzielić z otoczeniem? W związku z tym wyruszyliśmy całą ekipą na poszukiwania miejsca do przebrania – ekspedycja, która w centrum handlowym przypomina misję ratunkową w nieznanym terenie. Jak się okazało, lokalizacja pomieszczenia była tuż obok Smyka, więc Matka zajęła się mną, a Ojciec nabyciem nowych spodni (czystych na zmianę już nie było). Po kilku chwilach dołączyliśmy do niego w sklepie, a po kilku kolejnych wyszliśmy wszyscy razem z wielką torbą zakupów. Było w niej dużo różnych i obecnie niepotrzebnych mi rzeczy, na przykład zabawek, które prawdopodobnie zainteresują mnie za kilka miesięcy – nie było natomiast spodni, po które tam poszliśmy. Ale kto by się przejmował takimi błahostkami jak realizacja podstawowego celu zakupów? W końcu istotne jest doświadczenie, nie rezultat.

Na miejscu – pełna petarda. Dziadek z Babcią okazali się równie spoko jak ich mazurski ekwiwalent, co dowodzi, że dziadkowanie to umiejętność uniwersalna, niezależna od położenia geograficznego. Na starcie miałem pewne wątpliwości co do psa, ale drugiego dnia już się przyzwyczaiłem, a trzeciego – ciągnąłem go za ogon. Kot natomiast skradł moje serce od razu. Tak bardzo, że postanowiłem go gonić. Oczywiście wyłącznie w celach pokojowych: głaskanie, tulenie, może odrobina przytulania z elementami zaskoczenia. Żadnego ciągnięcia za wąsy czy ogon ma się rozumieć! Ale szczerze mówiąc, różnica w moich intencjach nie zawsze była dla kotka oczywista.

Kolejne dni były pasmem sukcesów towarzyskich. Nowe ciocie i kuzynki zachwycały się mną, ja – nimi. Gdy tylko Stwórcy byli w zasięgu wzroku, byłem samowystarczalny: bawiłem się zabawkami, eksplorowałem biblioteczkę, zaglądałem do kuchni i testowałem stabilność foteli. Gdy świeciło słońce, lądowałem na tarasie w przenośnym łóżeczku, jak mały lord na wakacjach. Drzemki załatwiały się same podczas kursów wózkiem dookoła domu, a nawet po lesie. Największy sukces? To, że Stwórcy mieli ze mną spokój, a ja organizowałem sobie samemu czas tak dobrze, że momentami kompletnie o nich zapominałem. Dzięki temu mogli biesiadować, odpoczywać i udawać, że mają urlop. Ojciec był tak wyluzowany, że któregoś dnia sięgnął po aparat – wydarzenie na miarę zaćmienia słońca – i zaczął robić zdjęcia. Wyszły całkiem nieźle, choć wiadomo: najlepsze kadry były ze mną.

Podróż powrotna przebiegła zaskakująco spokojnie. Nie powiem, że bez przygód, ale na pewno poniżej średniej katastroficznej. A to dobrze wróży na przyszłość, bo już nie mogę się doczekać kolejnych wypraw. Następnym razem planuję pokazać światu mój nowy numer: stanie bez trzymanki. Ale to jeszcze trochę, niech Stwórcy odetchną.

Visited 1 times, 1 visit(s) today