16 views 5 mins 0 comments

NOWY ROK.

In 2015
15 lutego, 2015

No i mamy prawie marzec. Śniegu już dawno nie ma, Oskary tuż tuż, a mi stuknie zaraz pół roku. I za cholerę nie mam pojęcia, kiedy to wszystko przeleciało. Najwyraźniej musiałem być bardzo bizi, co brzmi śmiesznie, biorąc pod uwagę, że mój kalendarz ogranicza się głównie do sesji karmienia i drzemek o różnych porach dnia.

Mój pobyt w szpitalu trwał długie i wyczerpujące 10 dni, czyli mniej więcej tyle, ile Nick Hornby potrzebował na napisanie swojej ostatniej książki. Dostawałem końskie dawki antybiotyku, ale na ile to możliwe, zachowywałem pogodę ducha i starałem się sprawiać jak najmniej kłopotów Stwórcom, lekarzom i wszystkim innym osobnikom kręcącym się po tych mocno sfatygowanych korytarzach. W zasadzie to szło mi to tak dobrze, że studentki zdobywające na mnie swoje pierwsze medyczne doświadczenia ochrzciły mnie oddziałowym Casanovą. Co prawda mój repertuar uwodzicielski ograniczał się do uśmiechania i bulgotania, ale najwyraźniej to wystarczyło. Wróży to nieźle na przyszłość – co prawda jeszcze nie wiem, czy bardziej w medycynie czy w romansach, ale w obu opcjach widzę potencjał. Bakteria dostała kopa w tyłek, niebezpieczeństwo zażegnane, a kontrolne wizyty są już rozpisane w kalendarzu.

Następne tygodnie płynęły szybko niczym dziki, górski potok… albo, dla fanów motoryzacji, jak Bugatti Veyron na długiej prostej. Co kto woli. Ojciec skupił się głównie na próbach dotarcia do domu na czas mojego kąpania i w zasadzie nie najgorzej mu te próby wychodziły. Jak zwykle miał nadmiar pracy, a im bliżej świąt tym tego nadmiaru było więcej i więcej. Matka natomiast coraz lepiej ogarniała ujarzmianie mojej skromnej osoby i staliśmy się duetem tak zgranym, że chwilami przypominało to sitcom z lat 90. – brakowało tylko śmiechu z puszki. Na święta pojechaliśmy do dziadków na Mazury. Z założenia na kilka dni, w praktyce na coś, co bardziej przypominało miesięczny turnus sanatoryjny. Było super, a nawet jeszcze lepiej. Jak tylko wstawałem to od razu ktoś się przy mnie meldował i mnie zabawiał. Nawet dziadek, ten sam dziadek, który początkowo patrzył na mnie jak na sprzęt AGD bez instrukcji obsługi, nagle zaczął ze mną szaleć na macie, a nawet dawał się ujeżdżać z zapałem kogoś, kto właśnie odkrył, że bycie dziadkiem wcale nie jest takie złe. A potem dał mi polizać jabłko. I to był gamechanger. Takie objawienie, że Newton przy swoim odkryciu grawitacji mógłby się schować. Od tamtej chwili każde jabłko w zasięgu wzroku wywoływało we mnie reakcję typową dla fana disco polo na darmowym koncercie. Po kilku dniach ktoś w końcu zderzył dwie szare komórki, zeskrobał trochę jabłka na łyżeczkę i… bingo! Życie miało smak. Wcinałem aż uszy mi się trzęsły, a radość na twarzach starszyzny była równie bezcenna, co ich próby ukrycia, że po prostu kupili mnie owocem z Biedronki. Babcia z kolei nauczyła mnie klaskać. Prosta sprawa, ale efekt piorunujący. Każde moje przebudzenie oznaczało serię rytmicznych „plasków”, które rozchodziły się echem po całym domu. Normalnie jakbym był na etacie perkusisty w rodzinnej orkiestrze. 

Dni płynęły więc na zabawach, spacerach po bajkowych mazurskich lasach i drzemkach w rytmie kołyszących się choinek. Ja spałem jak zabity, a Stwórcy padali po dwóch godzinach marszu. Co tu dużo mówić – są to ewidentnie istoty ciepłolubne. Ja natomiast odkryłem, że zima jest całkiem spoko i już ostrzę sobie zęby na następną. W planach mam sanki, tarzanie się w śniegu i inne ekstremalne sporty zimowe.

Visited 1 times, 1 visit(s) today