23 views 11 mins 0 comments

40,3.

In 2014
19 listopada, 2014

A miało być tak pięknie. Ostatnie dni spędziłem wręcz jak dziecko wzorowe. Spokojny, pogodny, zero awantur. Normalnie klient w krawacie. Dawałem Stwórcom pospać, drzemki w dzień też były do wzięcia – normalnie bajka. Nic tylko wystawić mnie w konkursie na Najbardziej Wychowanego Niemowlaka Roku. Stwórcy zaczęli więc snuć wielkie plany. Niedziela miała być przełomowa, jak pierwszy odcinek nowego sezonu “Lost”. Nakarmić mnie, położyć przed pierwszą, a potem przespać całą noc – wreszcie! Pierwsza cała noc od kilku miesięcy. Płonne były to nadzieje i cały misterny plan poszedł w piz… znaczy się legł w gruzach, jak budżet każdego filmu Michaela Baya po pierwszym tygodniu kręcenia.

Bo ja, proszę Państwa, chwilę po północy obudziłem się pełen energii, jak wokalista AC/DC na koncercie… i wzięło mnie na pogawędki. Takich poważnych, o życiu, świecie i mleku w proszku. Nadawałem przez godzinę bez przerwy, jak DJ w nocnej audycji radiowej, który wypił za dużo kawy. Stwórcy, zamiast się obrazić, rechotali razem ze mną jakbyśmy nagle założyli rodzinny kabaret. Około pierwszej Ojciec, który już prawie zasypiał na siedząco, zarządził koniec pogawędek z autorytetem Tony’ego Soprano kończącego zebranie rodziny. Matka wzięła mnie w ramiona, ululała ekspresowo, po czym sama runęła pod kołdrę i odpłynęła w sen szybciej niż zdążyła przyłożyć głowę do poduszki. Plan Morfeusza był taki, że zostaje z nami co najmniej do siódmej. Niestety, dał klasyczną nóżkę już o czwartej. Pierwsza myśl Stwórców po moim przebudzeniu: „pewnie głodny”. Ojciec zaczął przygotować stanowisko do karmienia. Matka, gdy tylko wzięła mnie w ramiona, poczuła, że coś jest nie tak. Byłem gorący jak piec kaflowy. Jak laptop po sześciu godzinach grania w gry. Jak silnik Formuły 1 po trzech okrążeniach w Monaco. Termometr pokazał czterdzieści stopni z hakiem. Kolor twarzy Stwórców zmienił się natychmiast na coś pomiędzy śniegiem na ośmiotysięczniku, najbielszą bielą z białych bieli Duluxa, a bielą z reklamy proszku do prania Ariel Ultra. Dla mnie szybka dawka paracetamolu administrowana z precyzją farmaceuty przygotowującego lek dla prezydenta, a Ojciec złapał telefon i wykręcił (a używając bardziej precyzyjnej nomenklatury, wystukał na klawiaturze) 112, by uzyskać informacje co robić dalej. Krótka konsultacja i decyzja: nocny dyżur. Zawinęli mnie jak alpinistę na Everest. Albo jak mumię faraona szykowaną do transportu do muzeum. Szybko ruszyliśmy do przychodni. Zegar wskazywał okolice piątej, co dało się odczuć w wyglądzie i szybkości ruchów ochroniarza, któremu otwarcie drzwi zajęło jakieś 5 minut. Później było tylko gorzej. Recepcjonistka była w jeszcze lepszej formie niż ochroniarz – wyglądała jak ktoś, kto przez ostatnie sześć miesięcy pracował nocne zmiany i przestał już rozróżniać dzień od nocy, sen od jawy i pracę od koszmarów. Natomiast pani doktor… cóż. Wyglądała, jakby została obudzona z hibernacji i nie bardzo wiedziała, kim jest, gdzie jest i dlaczego ktoś śmie zawracać jej głowę pacjentem o piątej nad ranem. Zbadała mnie w milczeniu, które było tak głębokie, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie jestem bohaterem filmu Ingmara Bergmana o egzystencjalnej pustce współczesnej medycyny. Ani słowa do mnie, ani do Stwórców. Na koniec wręczyła skierowanie do szpitala z lakoniczną adnotacją „podejrzenie infekcji dróg moczowych”. Termometru nawet nie użyła. Ojciec miał ochotę wybuchnąć jak James Bond w momencie, gdy odkrywa, że złoczyńca uciekł z tajnymi planami, a w jego głowie szalał cały repertuar scen z kina gatunkowego, od Hitchcocka po American Psycho.  Ale wykazał się nadludzką cierpliwością i zamiast urządzać przedstawienie teatralne z repertuaru “Ojciec kontra System Opieki Zdrowotnej”, po prostu nas stamtąd ewakuował z godnością człowieka, który wie, że czasem lepiej zachować siły na prawdziwą walkę. I tak znaleźliśmy się w drodze do szpitala. Trasa „prawie Akademia Smaku, ale nie do końca”. Jechaliśmy przez centrum Warszawy nad ranem, kiedy miasto wygląda jak scenografia do filmu o końcu świata, ale końcu spokojnym, bez eksplozji. Matka doznała olśnienia i przypomniała sobie, gdzie jest ten szpital na Marszałkowskiej. Ojciec skręcił w prawo, udając, że to wynik dokładnej analizy, a nie desperackiej improwizacji. Ale kilka minut później byliśmy już pod samym wejściem – jak w amerykańskich filmach. Zegar pokazywał szóstą rano. Przed nami była tylko jedna pacjentka, więc po złożeniu przez Ojca trzech podpisów na trzech oświadczeniach różniących się od siebie maksymalnie dwoma wyrazami, byliśmy gotowi na badanie. A tu cud. Gorączki brak, temperatura książkowe 36,6, a ja w nastroju wręcz znakomitym, – jak turysta, który właśnie dowiedział się, że jego lot został anulowany, ale dostał upgrade do pierwszej klasy na następny. Gdyby nie to nieszczęsne skierowanie z „podejrzeniem infekcji dróg moczowych”, pewnie wypuściliby nas od ręki. Ale nasza obecna pani doktor – która wyglądała jak ktoś, kto rzeczywiście skończył medycynę, a nie jak ktoś, kto ją znalazł w internecie – zarządziła badanie moczu. Trochę od niechcenia, trochę na wszelki wypadek, trochę dlatego, że skoro już tu jesteśmy, to nie zaszkodzi sprawdzić. 

Nasiusianie do pojemnika, niby prosta rzecz, ale w praktyce oznaczało dwugodzinną okupację szpitalnej łazienki, która wyglądała jak scenografia do filmu science fiction o przyszłości, w której wszystko jest białe, sterylne i lekko niepokojące. Było to też najcieplejsze dostępne pomieszczenie, a ja cały czas miałem leżeć z opuszczonymi gaciami. Droga do sukcesu była jak kręta, dziurawa ścieżka, na której co chwila wpadasz w błoto, potykasz się o własne ambicje i musisz udawać, że właśnie tak planowałeś. Musiałem się najeść, beknąć, odpocząć, kimnąć, wydalić, znowu kimnąć i tak dalej. W czasie czuwania Stwórcy, po raz pierwszy w życiu spożyli śniadanie w łazience, ja natomiast, jeszcze przed nasiusianiem, zdążyłem zostawić inny ładunek na spodniach Matki (zareagowała z godnością angielskiej królowej której właśnie spadł jej kapelusz podczas oficjalnej wizyty). Ojciec, w akcie desperacji godnej MacGyvera próbującego uratować świat za pomocą spinacza do papieru, badał, czy nie dałoby się złapać tego moczu w domu, w spokojnej atmosferze własnej łazienki. Nie, nie dało się. W końcu sukces, a po kolejnych dwóch godzinach wyniki. Były tak dobre, że natychmiast awansowałem. Nie do domu, jak moglibyście optymistycznie pomyśleć, ale na pierwsze piętro, oddział nefrologii niemowlęcej, sala numer 1. Brzmiało to jak adres w bardzo specjalistycznym hotelu dla bardzo specjalnych gości. 

Po drodze zaliczyłem jeszcze salę zabiegową – miejsce, które wyglądało jak laboratorium z filmu science fiction, tylko że zamiast eksperymentów na kosmitach robiono eksperymenty na mnie. Pobrano mi krew (profesjonalnie, jak dr. House) i drugą próbkę moczu (tym razem okazałem się pacjentem idealnym i nasiusiałem w trymiga (jak tetryk bez pęcherza). Zainstalowano mi też wenflon – małe urządzenie, które sprawiło, że poczułem się jak Termintor, co było emocjonujące i niepokojące jednocześnie. Z takim medycznym ekwipunkiem udaliśmy się z Matką do wspomnianej już sali numer 1, w oczekiwaniu na kolejne badania i „przygody”, z nadzieją, że wszystko jakoś się ułoży. W końcu jestem głównym bohaterem tej historii, a główni bohaterowie zawsze wygrywają. Przynajmniej w dobrych filmach. A ja mam zamiar sprawić, żeby ten był dobry.

Visited 1 times, 1 visit(s) today